ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

Bezpłatne praktyki albo zeszyt z naszym logo. Targi pracy, doświadczenie i czarna rzeczywistość

25 III 2026

Bezpłatne praktyki albo zeszyt z naszym logo. Targi pracy, doświadczenie i czarna rzeczywistość

Tekst jest częścią ósmego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.

Dużo prawdy ma w sobie żart, że do pierwszej pracy wypada mieć przynajmniej pięć lat doświadczenia. Odbycie stażu albo pracowanie na część etatu „w zawodzie” podczas studiów nie są już miłym bonusami do CV, ale wręcz wymaganiami. Te, które podczas studiów nie mogą pozwolić sobie na darmową pracę „w zawodzie”, bo muszą zarabiać pieniądze – albo nie mają znajomości, które zaoferują im taką możliwość – tracą dodatkowo. W ten sposób doświadczenie staje się walutą dostępną tylko dla studentów posiadających kapitał – zarówno ten pieniężny jak i społecznego w postaci znajomości, czy powiązań rodzinnych.

Uczelnia spełnia swoją rolę znakomicie. Tylko że rolą tą nie jest wyrównywanie szans, czy umożliwianie awansu społecznego. Jest nią produkcja wykwalifikowanej siły roboczej znającej swoje miejsce. Dzięki temu ci, którzy waluty-doświadczenia zebrali już wystarczająco dużo, wiedzą, jak grać zgodnie z tymi zasadami. Należy być wdzięcznym, że dostało się tę „wspaniałą” szansę pracowania za darmo, nie wychodzić przed szereg oraz za żadne skarby nie kwestionować prawdziwości świętej legendy od pucybuta do milionera. Wmówić sobie, że to jak wysoko wespniesz się na szczeblach kariery albo czy w ogóle uda się dostać pracę „w zawodzie” zależy tylko od ciebie i twojej ciężkiej pracy. To, że te marzenia spełniają się tylko przy ogromnym szczęściu, lub równie dużych znajomościach to szczegół.

Świetnym narzędziem wtłaczania tego zestawu przekonań są organizowane na uczelniach targi pracy. W internecie mignęło mi przed oczami zaproszenie na takie targi, zachęcające, aby przyjść i dowiedzieć się jak wyróżnić się wśród innych kandydatów i przyciągnąć pracodawcę do siebie. Mówi się, że na targach, poza długopisami z logo banku, czy piłeczkami antystresowymi od firmy produkującej oprogramowanie do pocisków balistycznych, można podobno znaleźć pracę. To niestety tylko półprawda. Jeśli w ogóle da się tam coś znaleźć, są to raczej oferty bezpłatnego stażu poprzedzonego długą rekrutacją.

Pomyślicie: super miejsce, w którym pracodawcy mogą znaleźć osoby, zdobywające specjalistyczną wiedzę i umiejętności i skorzystać z ich wykształcenia, tak, by firma mogła się rozwijać – wszyscy będą zadowoleni. Tak pięknie jednak nie jest, a przypływ wcale nie podnosi wszystkich statków. Na tych mniej pożądanych wydziałach targi nie odbywają się w ogóle. Na innych wydziałach, owszem, szuka się pracownika, ale na stanowisko najwyżej luźno powiązane ze zdobywanym wykształceniem. I tak studiujący na dowolnym ścisłym wydziale mogą starać się o pozycję programisty (a w zasadzie mogli, bo w erze sztucznej inteligencji i ogólnego spadku w branży IT wcale nie jest tak łatwo o pierwszą pracę).  

Jednak skuteczność – rozumiana jako liczba osób, które dzięki targom pracy znajdą zatrudnienie – nie jest tu nikomu potrzebna. Wystawienie się to niewielki wydatek dla firm. Ponadto, nawet jeśli firmy akurat nie szukają pracownic, to mogą łatwo zbudować sobie dobry PR dzięki samemu uczestnictwu w targach. Korporacje pokazują, że dbają o młodych i zależy im na rozwoju. Organizowanie takich targów pozwala za to uczelni budować fasadę oferowania swoim studiującym wsparcia zawodowego. Uczelnia pokazuje, jak dobrze współpracuje z biznesem, co, o zgrozo, w dominującej narracji jest czymś pożądanym. Zawsze mile widziane, nawet jeśli niezbyt wysokie, są też wpływy z opłat za wynajem przestrzeni uczelni. Nikogo nie oburza nawet to, że na targach wystawiają się firmy produkujące oprogramowanie do samonaprowadzających rakiet, czy systemy łączności dla wojska1.

Na targi pracy studentki chodzą dosyć licznie, ale z usług uczelnianych biur karier korzysta niewiele. Równie niechętnie korzystają z nich firmy – ogłoszeń rekrutacyjnych nie znajdziemy tam wiele. Jeśli już jakieś są, to wiszą długo na stronie internetowej i nie cieszą się dużym odzewem. W zależności od uczelni biura karier czasami pomagają znaleźć miejsce na obowiązkowe praktyki, oferują pomoc w pisaniu CV, czy inne narzędzia z zakresu doradztwa zawodowego, ale raczej niewiele ponad to.

Choć na zewnątrz wszystko wygląda kolorowo, a uczelnie i biznes, ku uciesze kapitału i przerażeniu pracujących, zacieśniają więzy współpracy, to bezrobocie wśród młodych, zwłaszcza tych po studiach, rośnie w zatrważającym tempie. Szefowie i rektorzy bezbłędnie wywiązują się ze swoich ról i liczą zyski. Tracimy na tym jedynie my, chcące znaleźć pracę po studiach, w dodatku bezczelnie domagając się godnych warunków.

 

Stanisław Sieniawski

ilustracja: Agata Radziszewska


[1] Więcej o zacieśniającej się współpracy pomiędzy akademią i producentami broni przeczytacie w tekście Filipa Żarczyńskiego Szkolnictwo wyższe a przemysł zbrojeniowy na naszej stronie mlodzi.ozzip.pl. 

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja