Skąd się biorą represje na uniwersytetach i dlaczego mimo wszystko warto?
Tekst jest częścią szóstego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
Renomowane uczelnie w naszym kraju chętnie mydlą oczy pojęciami takimi jak „dialog”, „działalność studencka” czy „zaangażowanie”. Jeśli zajrzymy do oferty Uniwersytetu Jagiellońskiego — który, jak pokazują teksty z tego numeru „Alarmu”, w ostatnim czasie zastosował bezprecedensową przemoc wobec studenckich działaczy związkowych — może się wydawać, że akademia gorąco wspiera aktywność studentów. Liczba organizacji i inicjatyw, w które można się zaangażować jako nowa osoba studiująca na UJ, jest przytłaczająca. Funkcjonują one jednak w bezpiecznej dla uniwersytetu strefie — nie naruszają jego status quo, ale budują wrażenie, że jesteśmy pełnoprawną częścią wspólnoty akademickiej.
Podobne poczucie sprawczości daje udział w samorządach studenckich. Uczelnia sprawia wrażenie, jakby oddawała część decyzyjności w ręce studentów, powierzając im zadania i udzielając głosu. Jednak wszystko odbywa się w wyznaczonych granicach. I choć nie sposób odmówić wartości wielu inicjatywom akademickim, warto zwrócić uwagę na niepokojący sposób, w jaki uczelnie reagują na przejawy działalności wykraczające poza ich kontrolę. Władze uniwersytetów roszczą sobie wyłączne prawo do zarządzania zasobami socjalnymi — akademikami, stołówkami — a kiedy studenci próbują realnie współdecydować o tych obszarach, ich działania są tłumione. Pokojowy protest bywa wówczas przedstawiany jako akt wandalizmu, a jego uczestnicy — jako chuligani. Przykład UJ pokazuje to szczególnie wyraźnie. Takie represje mają na celu wywołanie efektu mrożącego: nie wychylaj się, nie kwestionuj decyzji „z góry”, nie protestuj — bo zostaniesz zawieszony w prawach studenta tak jak inni przed tobą.
Krytyka tej sytuacji oraz siłowej reakcji uniwersytetów na studencki opór wymaga umieszczenia jej w szerszym kontekście społecznym i ekonomicznym. Jeszcze kilkanaście lat temu uczelnie publiczne same prowadziły stołówki, budowały akademiki i dbały o zaplecze socjalne. Dziś nadal korzystają z tej infrastruktury, ale coraz rzadziej ją utrzymują. Tymczasem życie w miastach akademickich staje się coraz droższe, a liczba osób studiujących stale rośnie. Mimo to obserwujemy odwrotny trend — uczelnie wyprzedają akademiki, outsourcingują usługi żywieniowe podmiotom prywatnym nastawionym na zysk. Wynika to z przystosowania się uniwersytetów do neoliberalnej rzeczywistości, w której nawet edukacja traktowana jest jak produkt rynkowy, a nie dobro wspólne.
W tej logice nie ma miejsca na działalność „pro bono”. Po co uczelnia miałaby prowadzić stołówkę czy utrzymywać akademik, skoro może przekazać to firmie zewnętrznej? Coraz częściej uczelnie funkcjonują jak prywatne przedsiębiorstwa, a decyzje władz opierają się nie na potrzebach społeczności studenckiej, lecz na opłacalności. Gdy studenci i studentki — zmuszeni do życia w trudnych warunkach, przekonani, że inna organizacja uniwersytetu jest możliwa — protestują przeciwko tej sytuacji, rektorzy reagują niczym prezesi firm: represjonują, zastraszają, próbują odzyskać pełną kontrolę.
Tymczasem uniwersytety, podobnie jak firmy, nie mogą funkcjonować bez tych, którzy wytwarzają ich podstawową wartość: bez studentów. I to czyni stosowane wobec nas represje tym bardziej absurdalnymi. Jako studenci wykonujemy pracę — umysłową, rozwijającą społeczeństwo — i w związku z tym mamy prawo do określonych warunków bytowych. Większość z nas nie ma środków, by płacić 2500 zł za prywatny akademik ani jadać codziennie w drogich bistrach w centrum miasta. Uniwersytet powinien zapewniać nam dostępne cenowo miejsca do życia i posiłki — nie jako łaskę, lecz w zamian za nasz wkład w tworzenie wiedzy. Społeczeństwu powinno zależeć na tym, by osoby studiujące mogły skupić się na edukacji, zamiast martwić się o przetrwanie. Ale racjonalność rzadko idzie w parze z interesami rektorów i władz uczelni, które wolą stosować autorytarną władzę niż zrezygnować z kontroli.
Jedyna odpowiedź na nasze bolączki to siła organizacji wśród własnej klasy społecznej — innych studentów — i uzwiązkowienie się w celach obrony swoich interesów klasowych w taki sam sposób, jak robią to pracownicy zrzeszeni w obrębie zakładów pracy. Zaniedbania ze strony uczelni już dziś zmuszają nas do wielogodzinnej pracy zarobkowej, a w przyszłości mogą skutkować problemami zdrowotnymi. Nawet jeśli reakcje władz są nadmierne i przytłaczające, nie możemy zamilknąć. Musimy działać wspólnie, przypominając nieustannie, że uniwersytet bez nas nie istnieje.
Łączą nas wspólnota interesów, potrzeby i prawo do godnych warunków studiowania. Władze mogą próbować zastraszyć pojedyncze osoby, ale znacznie trudniej jest uciszyć masowy, zorganizowany ruch studencki. Rektorzy chętnie celebrują ruchy studenckie sprzed dekad — zwłaszcza ten sprzed transformacji ustrojowej — lecz obecnie podobne działania już nie wpisują się w oficjalną narrację. A przecież w 2025 roku są one tak samo potrzebne.
Represje, policyjne metody i zastraszanie powinny być dla nas sygnałem alarmowym. Musimy stanowczo domagać się prawa do protestu i realnego wpływu na funkcjonowanie uczelni. Rektorzy, zarabiający dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie, sami z siebie nie zainteresują się naszą sytuacją — trzeba im o niej nieustannie przypominać. Potrzebujemy trwałych, niezależnych struktur studenckich. Nie musimy prosić uczelni o zgodę na to, by działać — to my współtworzymy tę przestrzeń, spędzamy w niej lata i oddajemy społeczeństwu owoc naszej pracy. Jeśli, jak większość z nas, nie masz zasobów, by przetrwać studia bez wyrzeczeń, wspólna walka o zasoby socjalne leży w twoim najlepszym interesie. Dość politycznego marazmu, dość wskazywania nam palcem dozwolonych form działania, dość traktowania uniwersytetów jak korporacji — niech nas w końcu usłyszą.
Karina Bałdyszko
