ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

Uniwersytet policyjny i student w gablocie

20 VIII 2025

Uniwersytet policyjny i student w gablocie

Tekst jest częścią szóstego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.

Uniwersytet, jak każdy żywy organizm, posiada swój stan homeostazy. Stan spokojnego funkcjonowania, mityczną „normalność”, którą nostalgicznie wspomina się po napotkaniu wszelkich trudności. Gdy stan ten zostaje naruszony, organizm robi wszystko, co w jego mocy, by pożądany, stabilny stan przywrócić. W tym celu organizm przyśle ochronę, zgłosi sprawę na policję, otworzy postępowanie dyscyplinarne, wyśle oszczerczą notkę prasową lub maila do studentów. Żeby zrozumieć uniwersytet, który nazywamy policyjnym, postaram się wyjść od reakcji na akty oporu, by ukazać to, co nie interesuje dziś chyba nikogo – uniwersytet codzienny, domyślny. W momencie, w którym zrozumiemy, jakiego stanu rzeczy pożądają aktorzy władający uczelniami, sens walki stanie się oczywisty (jeśli wcześniej nie był).

Gdy przyjrzymy się sprawie z bliska, okazuje się, że w tej homeostazie miejsca dla studentów przewidziano bardzo mało. Wzorowy z punktu widzenia organizmu uczelni student jest studentem leżącym grzecznie w swojej zamkniętej gablocie. Miejsca do poruszania się w niej jest bardzo niewiele, jeśli jest w ogóle. Student ma chodzić na zajęcia, zdawać egzaminy i nie zawracać nikomu głowy ponad normę, a w zależności od upodobań wykładowcy – siedzieć cicho lub udzielać się w dyskusji. Student do tej ciasnej gabloty zabiera ze sobą 60 punktów ECTS rocznie, program studiów i należyte efekty kształcenia. Jeśli to mu nie wystarczy, może poruszać palcem u ręki w ramach koła naukowego lub palcem u stopy w ramach działalności samorządowej. Jeśli student śmie posiadać opinie lub zainteresowania, które w programie studiów przewidziane nie są, to powinien zostawić je dla siebie. Chcesz porozmawiać na jakiś temat z innymi studentami na terenie uczelni? Nie ma problemu, potrzebujesz tylko zgody dziekana, administratora budynku i najlepiej jeszcze swojej matki chrzestnej. Chcesz wywiesić plakat? Zapraszamy do biura promocji po pieczątkę, bo inaczej portier po pięciu minutach wyrzuci twój plakat do śmieci. Nie podoba Ci się to, jak wygląda funkcjonowanie Twojego wydziału? Zapraszamy do samorządu, gdzie raz na zawsze wbijemy Ci do głowy, dlaczego musi być tak, jak jest, a tak w ogóle to mogło być gorzej. Zostałaś niesprawiedliwie potraktowana lub padłaś ofiarą przemocy? Zapraszamy do komisji dyscyplinarnej, która za pół roku powie Ci, że nic nie może zrobić. Chcesz poinformować innych studentów o tej niesprawiedliwości za pomocą ulotki? Sorry, stwarzasz zagrożenie pożarowe, a do tego nie masz pozwolenia kanclerza. Leż grzecznie na swoim miejscu, bo Twoja gablota to część wystawy osiągnięć uczelni, po której przechadzają się panowie pracujący nad Rankingiem Szanghajskim. 

Organizowanie się na uczelni wiąże się ze sporymi nieprzyjemnościami. Prawie wszyscy, od ochroniarzy, przez dziekanów, po kanclerzy i rektorów, zdają się mieć na nas alergię. Niemal każdorazowo jesteśmy zaczepiani przez straż uniwersytecką podczas ulotkowań, niewiele naszych plakatów i banerów wisi dłużej niż kilka godzin. Władze utrudniają nam dostęp do sal, ignorują nasze pisma, grożą nam pozwami, a ostatnio zaczęli nawet zawieszać w prawach studenta i ścigać za pośrednictwem policji. Tymczasem sankcjonowane organizacje, takie jak samorząd, posiadają wielomilionowe budżety. My nie możemy liczyć nawet na święty spokój. Nie jest to bynajmniej zjawisko oczywiste. Laik mógłby pomyśleć, że to niedorzeczne, żeby rzeczniczka prasowa jednej z największych uczelni w kraju kręciła się wokół studenckiej wydawki jedzenia, jednocześnie robiąc zdjęcia z ukrycia w czasie pracy. A jednak.

Od prawie czterech dekad studentom dokręca się śrubę, także od czterech dekad nasz sprzeciw marnieje. W latach 90. mówiono: może i na razie stypendia maleją, akademiki popadają w ruinę, wprowadzamy Wam czesne i zabieramy kluby studenckie, ale to tylko część wyrzeczeń wszystkich obywateli w obliczu kryzysu. Jeszcze będzie pięknie, tylko musimy przez chwilę pooszczędzać. Przynajmniej nie stoi już nad Wami zły komuch! 36 lat wolnej Polski nie przywróciło jednak utraconej PRL-owskiej „normalności”: taniego jedzenia, inwestycji w akademiki, dostępnych stypendiów. „Złego komucha” zastąpiono wolnym rynkiem i urzędnikiem w gronostajach, który twierdzi, że nie ma na nic pieniędzy. Przyzwolenie na protesty także nie przetrwało próby czasu. Kiedyś pałowano i relegowano w imię rzekomego socjalizmu, dziś w imię ochrony „miru domowego” i „dobrego imienia uczelni”. Pałuje się po to, żeby znowu było „normalnie”, spokojnie, stabilnie i zdrowo. Fiu, fiu! Tu dochodzimy do sedna sprawy: władza represjonuje tych, którzy się jej sprzeciwiają. Żeby wywalczyć swoje, musimy być silni i jej realnie zagrażać. Nie wiemy, ile jeszcze będzie pozwów, czy ktoś wyleci ze studiów, czy przyjadą „białe kaski”. Nie ma to jednak większego znaczenia. „Normalnie” nie będzie nigdy, ale może być lepiej, dzięki nam, o ile stłuczemy szybkę, za którą wstawili nas rektorzy. 

Student pierwszego roku może wyobrażać sobie, że uniwersytetem rządzi dobry król-filozof, który bezinteresownie dba o dobro wspólnoty naukowej i poszukiwanie prawdy. Student lat dalszych może dojść do wniosku, że jest to władca bezwzględnie zły, chciwy i celowo dokręcający śrubę swoim podwładnym, działając w interesie kapitału czy innej siły politycznej. Uczelniana demokracja jest wydmuszką, a samorządy są nierzadko skorumpowane. Nie jest to jednak, jak mogłoby się wydawać, wynik przemyślanego planu genialnego złoczyńcy, który rządzi światem, tylko wynik historycznych i politycznych uwarunkowań, które od dekad, a właściwie stuleci, wytwarzają uniwersyteckie życie. Czy polski uniwersytet kiedykolwiek był „dobry”? Czy był „normalny”? W średniowieczu krakowscy rektorzy rzekomo dzielili pomiędzy studentów ulice miasta, na których mieli oni prawo żebrać. W międzywojniu, z inicjatywy skrajnie prawicowych organizacji studenckich, na wielu uczelniach wprowadzono getta ławkowe. W PRL-u, w imię establishmentu, rektorzy i ministrowie siłą łamali studencki opór. A co dzieje się w III RP? – tego akurat nie trzeba nikomu wypunktowywać. Jednocześnie polscy studenci jeszcze za czasów zaborów organizowali się w masowe ruchy samopomocowe, takie jak Bratnia Pomoc, rządy PZPR oraz ichniejsi rektorzy pozostawili po sobie masę nowoczesnej na swoje czasach infrastruktury socjalnej, z której korzystamy do dziś, a studenci czasów socjalizmu są odpowiedzialni za niemałą część twórczości artystycznej oraz aktywności politycznej całego XX wieku. Uniwersytet jest częścią polityki, a studenci są częścią państwa. To, co jest zbywane jako niedorzeczne dzisiaj, jutro wywalczymy, a pojutrze rektor będzie się chwalił jako swój własny pomysł. To, że nie jesteśmy „ustawową reprezentacją ogółu studentów”, nie zwalnia nas z odpowiedzialności za lepsze jutro dla tych, którzy przyjdą po nas. Rektorzy pałowali, pozywali i relegowali – i najprawdopodobniej nie przestaną tego robić. Student jest (i zawsze będzie) trybikiem w politycznej maszynie, tak samo jak kanclerz, rektor, czy policjant. Rola pałowanego jest tak samo kluczowa, jak rola pałującego. Jednak należy pamiętać, że pałowany może być postacią szlachetną, a pałujący słabszych jedynie się hańbi. Rektorzy wyśmiewają nasze postulaty – zadbajmy więc tylko o to, żebyśmy to my śmiali się ostatni.

 

Adam Ochwat

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja