ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

Jak wysterylizować kota, czyli dlaczego władzom tak zależy na decorum

27 VII 2025

Jak wysterylizować kota, czyli dlaczego władzom tak zależy na decorum

Tekst jest częścią szóstego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.

III RP jest krajem wielu przeciwieństw i wewnętrznych sprzeczności. W tym numerze poruszone zostało już tło historyczne. Ja jednak chciałbym zająć się samą sprawą tego, jak niebywałą transformację przeszła debata o realiach akademii – szczególnie te jej aspekty, które dotyczą kwestii problematycznych dla władz polskich uczelni. Oczywiście, obecne gremia decyzyjne nie mogą stosować takich samych bezpośrednich metod tłumienia oporu studenckiego jak kary aresztów, „wilcze bilety” albo zabójstwa, i musiała zmienić przekaz dotyczący samych protestów studenckich. W demokratycznej RP wszak nie można było już twierdzić, że młodzież „została oszukana i sprowadzona przez wrogie socjalizmowi siły na fałszywą drogę” [Gomułka 1968]. Powstały więc nowe formy zarządzania studenckim niezadowoleniem; uczelnie musiały sformułować nowe odpowiedzi na prośby, apele czy żądania studentów. Myślę, że naczelną zasadę tego programu można zwięźle zawrzeć w jednym terminie: decorum. Chodzi o manierę, która nakazuje, by protesty i niezadowolenie studenckie były wyrażane w sposób „odpowiedni” i „cywilizowany”, tak by nie zakłócały porządku społecznego i nie podważały legitymacji władzy.

LUDZIE I REKTORZY

W polskim systemie edukacji nauka posłuszeństwa rozpoczyna się bardzo wcześnie. Już od szkoły podstawowej do głowy wbijane są nam zasady dobrego wychowania, uczy się nas pokornego wykonywania poleceń, narzuca się nam pewne rytuały – jednym z nich jest obowiązek odpowiedniego tytułowania swojego adresata, praktyka wynikająca z obsesji naszych opiekunów na punkcie rang i hierarchii. Do bardzo wąskiej grupy tytułów, które przetrwały do dzisiaj, należy „Jego Magnificencja”. Nie bez przyczyny jest on, podobnie jak w przypadku biskupów czy królów, tak ostentacyjne pompatyczny – rektor bowiem na uczelni zasiada na samym szczycie drabiny feudalnej. Co za tym idzie — student jest mu winny wręcz chłopskie poddaństwo. Rektora, z racji pełnionej funkcji, otacza bańka dostojności i powagi instytucji. Każdy komunikat skierowany w jego stronę musi być sterylny, pełny pokory i uniżenia oraz poprzedzony odpowiednią tytulaturą. Niespełnienie tych warunków poczytywane jest jako złamanie zasad i personalna oraz instytucjonalna obraza majestatu „Jego Magnificencji”. Obowiązek aktywnej partycypacji w tym uniwersyteckim rytuale zaczyna się już od momentu przyjęcia na uczelnię. Studenta błyskawicznie uświadamia się o hierarchii panującej na uniwersytecie i o tym, że zajmuje w niej najniższą pozycję. Tytuł, nakrycie głowy, szata z gronostajów — wszystkie te atrybuty są namacalnymi oznakami wyższości rektora nad studentem. Co za tym idzie, skoro rektor jest również „twarzą” uczelni, każda próba zwalczenia tej ceremonialności staje się podwójnym grzechem: nie tylko naruszeniem instytucjonalnej hierarchii, ale także „matkobójstwem”, zamachem na uczelnię. Naturalną konsekwencją takiego stanu rzeczy jest sytuacja, w której podejmowane przez studentów próby negocjacji czy rozmów, które wyzbyte są gotowości do podporządkowania się i pokory, traktowane są jako forma ataku czy przejaw przemocy.

BRZYDKIE SŁOWO NA P

Uczelnia, poza regulowaniem, jak należy zwracać się do lepszych od siebie, wyznacza również granice tego, o czym wolno rozmawiać. Absolutnym tabu jest polityczność, która pojawia się na uczelni niezwykle rzadko i przeważnie ma negatywne konotacje. Polityka to bardzo brudne słowo – uczelnie dążą zaś do zachowania totalnej sterylności. I tak na przekór wszechobecności nauk politycznych w strukturze akademii, pomimo dziesiątek odniesień do sylabusów zajęć, jakie pojawiają się po wpisaniu do wyszukiwarki przedmiotów słowa „polityka”, uniwersytet oficjalnie deklaruje się jako „apolityczny”. Jednocześnie cały czas operuje politycznymi kategoriami, takimi jak „społeczność” czy „wspólnota”; w teorii proklamuje wolność przekonań i poglądów. 

Rzecz jasna, deklaracja „apolityczności” jest celowa. Tworzy ona podział na dwa obozy. Pierwszy — racjonalny i obiektywny, utożsamiany z apolitycznością, oraz drugi — polityczny, skrajnie zideologizowany i podporządkowany partykularnym interesom. Ten podział umożliwia uczelniom skuteczne uciszanie głosów sprzeciwu oraz bezrefleksyjne odrzucanie „politycznych” postulatów – w konsekwencji uznawanych za nieracjonalne i nieuzasadnione. Tak skonstruowana narracja pozwala na wykorzystanie przeciwko „awanturnikom” wszystkich możliwych konstrukcji neoliberalnego dyskursu. Przedstawia się nam na wyniesione na piedestał, merytokratyczne wartości racjonalności i obiektywizmu. Te wtłaczane są nam do głów przez media i system szkolnictwa od najmłodszych lat. Jako sprzeczne z tymi wartościami, przestawia się negatywne podteksty „polityczności” —  groźbę niebezpiecznego radykalizmu oraz egoistyczną chęć zysku. Uwidacznia to z jednej strony protekcjonalny ton władz „tłumaczących” nam, że na nic nie ma pieniędzy, a nasze żądania są niemożliwe do zrealizowania, jak i represje wobec osób protestujących, które według uniwersyteckich decydentów zakłócają święty porządek, łamiąc tym samym prawo.

Skoro nie ma w akademii miejsca na żadną polityczność, to każde działanie nacechowane politycznie będzie uznawane za niebezpieczny i agresywny radykalizm. Niebezpieczeństwo tak pojętego radykalizmu wynikać ma zaś z kwestionowania istniejącej hierarchii, z oporu wobec instytucji, odrzucenia wiernopoddaństwa i kultu biurokracji. Taka postawa realnie zagraża układowi, w którym rektor jest menedżerem optymalizującym zyski, a studenci klientami firmy zapewniającej usługi edukacyjne. Przestrzeń aktywności studenckiej musi zatem pozostać „sterylna” i wolna od polityczności. Jedyne formy udziału społeczności studenckiej w zarządzaniu uczelnią, zostały wyzute z decyzyjności i sprowadzone do wykonywania nieodpłatnej praca administracyjna dla uczelni. Samorządność stała się samoadministracją.

WIDMO RUCHU STUDENCKIEGO

Taki układ sił na uniwersytecie jest bardzo komfortowy dla władz uczelni. Studentów wychowuje się do roli posłusznych wyrobników w „fabryce dyplomów” a ci, którzy angażują się w działalność polityczną, są traktowani jak wrogi i obcy element, w opozycji do którego rektor stawia Samorząd — jedyną dopuszczalną reprezentację, która nie stanowi dla niego żadnego zagrożenia. Słowa padające ze strony władz raz po raz podczas okupacji i innych protestów: „to nie są studenci” albo „Samorząd Studencki jest ustawową formą reprezentacji studentów” tylko potwierdzają, że uczelnie traktują nas jak „wyjętych spod prawa”, homines sacri, wobec których zastosowanie wszelkich środków przymusu. Wobec „obcych” istnieje przyzwolenie na stosowanie instytucjonalną przemoc, od bezpodstawnych zawieszeń, przez miękkie zastraszanie obecnością służb na protestach i spisywania, aż po użycie policji do pacyfikacji studentów. Ten układ władzy jest jednak znacznie bardziej chwiejny, niż mogłoby się wydawać. Pomimo godzin szkoleń medialnych, na przekór ich doświadczeniom politycznych, rektorzy nie potrafią reagować na dobrze zorganizowane, długotrwałe i bezkompromisowe akcje protestacyjne. Traktują nas jak grupę naiwnych dzieci, bawiących się w politykę i nadal działają w przeświadczeniu, że uda im się nas zastraszyć, zakopać pod dziesiątkami ton dokumentów albo zwyczajnie zignorować i przeczekać. 

Jeśli nie stworzymy trwałego, zorganizowanego ruchu, dysponującego własnym programem politycznym – założenia władz mogą okazać się prawdziwe, a wykorzystywane przez nie narzędzia dyscyplinowania skuteczne. Żyjemy w szczególnym momencie historycznym. Z jednej strony odziedziczyliśmy dekady marazmu, fatalizmu i przekonanie, że „udany protest” możemy znaleźć najwyżej w podręcznikach do historii. Z drugiej, mamy szansę wyciągnąć wnioski z licznych porażek naszych poprzedników i już dziś zacząć kruszyć iluzje nienaruszalności tego układu. Niech ci, którzy na studia przyjdą po nas, zamiast tablic pamiątkowych, martwych haseł czy sprzedanych ideałów odziedziczą doświadczenie i struktury, które uzbroją ich do walki o własny byt. Nie bójmy się wchodzić z butami w sterylne przestrzenie rektorów.

Mikołaj Jędrzejewski

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja