Święty uniwersytet. Dlaczego nie protestujemy na uczelniach?
Tekst jest częścią szóstego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
Nie brudź własnego gniazda
Jesteśmy w stanie zaakceptować protesty w przestrzeniach publicznych. Demonstracje na ulicach czy pod rządowymi gmachami przestały robić na nas wrażenie. Protestować może każdy, prawda? To element demokratycznego państwa — jeśli jakaś grupa społeczna czuje się pokrzywdzona, ma prawo wyjść na ulicę i wykrzyczeć swoje postulaty. Jest jednak jedno miejsce (zaraz obok kościoła), w którym protestowanie traktowane jest jak świętokradztwo — mowa oczywiście o uniwersytecie. Nie wypada przecież, by w murach tak poważanej instytucji, cieszącej się estymą i prestiżem, gromadziło się chamstwo. Co ciekawe, nie jest to pogląd głoszony jedynie przez snobistycznych naukowców i władze rektorskie. Niektórzy studenci również dali się wciągnąć w tę retorykę.
Uniwersytet stara się mieć ciastko i zjeść ciastko. Z jednej strony kreuje się na miejsce wolnej wymiany myśli i idei, z drugiej — ma być apolityczną przestrzenią otwartą na każdego. Student równocześnie stanowi sól ziemi uniwersyteckiej, a jednocześnie nie ma żadnego wpływu na funkcjonowanie uczelni. Największe faux-pas, jakie może popełnić student, to krytykowanie decyzji władz uczelni. Co, jeśli jakaś grupa zdobędzie się na odwagę i wykaże chęć zmiany? Tacy śmiałkowie, nawet przy dużym zainteresowaniu ze strony innych studentów, mogą jedynie pomarzyć o realnym wpływie.
Studencki marazm
Skąd ten zanik działalności politycznej wśród studiujących? Prawdopodobnie po trzech dekadach daliśmy sobie wmówić, że studiowanie to przywilej, a nie nasze konstytucyjne prawo. Nikt ci nie kazał studiować — szepcze nam diabełek na ramieniu. Studiowanie traktujemy jak coś chwilowego — krótki, trzyletni okres, po którym czeka nas prawdziwa dorosłość. Na razie wystarczy zacisnąć zęby i jakoś to będzie.
Wiemy, że brakuje akademików. Nikt nie zaprzeczy, że przydałaby się tania stołówka na wydziale. Normą stało się narzekanie, że co miesiąc połowa naszej wypłaty ląduje u właściciela mieszkania, w którym pomieszkujemy. Głośne i dobitne wyrażenie sprzeciwu nie jest naszym odruchem — wręcz przeciwnie, zazwyczaj milczymy. Setki rozdanych ulotek rzadko przekładają się na pokaźną frekwencję na pikiecie. Garstka protestuje, reszta kibicuje — jeśli w ogóle — z daleka.
Zbyt rzadko zastanawiamy się, jak wyglądałby uniwersytet, gdyby nie polityczne zaangażowanie poprzednich pokoleń studentów. To, co dzisiaj wydaje się oczywiste, wcale takie nie było w szalonych latach 90. Bardzo prawdopodobne, że gdyby nie opór ówczesnych studentów, nasza pozycja na uniwersytecie byłaby znacznie gorsza. Przypomnijmy sobie, że niegdyś na uczelniach on kwitł.
Precz ze służbą wojskową
W 1989 roku przez polskie uczelnie przetoczyła się fala protestów przeciwko studium wojskowemu. Wtedy to młodzież związana m.in. z Niezależnym Zrzeszeniem Studentów oraz ruchem Wolność i Pokój domagała się zniesienia obowiązkowej służby wojskowej. Studenci strajkowali, masowo odmawiając uczestnictwa w zajęciach. W październiku 1989 roku wskutek bojkotu wstrzymano zajęcia w Studium Wojskowym na wielu uczelniach w Polsce, m.in. na Uniwersytecie Warszawskim. Presja ze strony środowiska studenckiego była na tyle silna, że w 1991 roku, decyzją Ministerstwa Edukacji Narodowej, zajęcia wojskowe usunięto z programów studiów. Dzisiaj, mimo okazjonalnych deklaracji polityków różnych opcji, nie zapowiada się, byśmy musieli znów wskakiwać w mundury.
Różne oblicza okupacji
Studenci nie bali się sięgać po bardziej radykalne formy działania — jedną z nich były okupacje. W 1990 roku osoby studiujące w Poznaniu, Katowicach i Warszawie zajęły siedziby Komitetów Wojewódzkich PZPR, domagając się przekazania tych budynków na potrzeby uczelni. Dzięki ich determinacji polskie uniwersytety, zmagające się wówczas z poważnym deficytem lokalowym, zyskały nowe przestrzenie dydaktyczne.
Dziś te wydarzenia są z dumą wspominane przez władze akademickie. Uniwersytety wynoszą na piedestał okupacje z początku okresu transformacji, jednocześnie potępiając niemal identyczne działania — jak okupacje Domów Studenckich Jowita i Kamionka — podejmowane przez dzisiejszych studentów. Ta sprzeczność obnaża hipokryzję współczesnych rektorów.
Okazuje się, że okupacje są godne uznania tylko wtedy, gdy skierowane są przeciwko „złej komunie”. Wtedy byliśmy oświeconą młodzieżą, bohaterami przełomu. Dziś — w narracji władz — jesteśmy naiwnymi humanistami, którzy nie rozumieją rzekomo nieuniknionej logiki cięć i prywatyzacji. Protest, który nie mieści się w wygodnym historycznym schemacie, przestaje być romantyczny — staje się niepożądany.
Studiowanie prawem, nie towarem
Ostatnio niemałe kontrowersje wzbudziła wypowiedź Sławomira Mentzena, który rozmarzony opowiadał o wizji płatnych studiów. Cóż, wygląda na to, że nasz miłośnik prostych i niskich podatków ma wiele wspólnego z politykami SLD z lat 90. Jednym z ówczesnych zwolenników utrudniania dostępu do studiów był Jerzy Wiatr — minister edukacji narodowej w latach 1996 —1997, z sercem po lewej stronie. Zarówno on, jak i jego następca, Mirosław Handke, wielokrotnie próbowali przeforsować opłaty za studia dzienne. Nie mieli jednak łatwego zadania — przeciwko wprowadzeniu czesnego niemal jednomyślnie opowiedziała się cała społeczność studencka. Studenci zrzeszeni m.in. w Stowarzyszeniu na rzecz Bezpłatnej Edukacji organizowali demonstracje oraz blokady głównej bramy Uniwersytetu Warszawskiego.
Recepta na inercję?
Nie oszukujmy się: to nie udobruchani studenci zmieniają uniwersytety — to okupujący chuligani i lenie, które chcą studiować na garnuszku państwa. Władze rektorskie z uporem maniaka próbują obrzydzić społeczności studenckiej polityczne zaangażowanie w życie uczelni. Nie dajmy sobie wmówić, że nie wypada protestować. Być może twoje zaangażowanie spotka się z krzywymi spojrzeniami ze strony rówieśników lub wykładowców. Najgorszym możliwym skutkiem takiej inercji jest obezwładniający defetyzm. Naszą rolą jako upolitycznionych działaczy jest budowanie organizacji — szczególnie w tak ekstremalnych warunkach jak te. Niewykluczone, że coraz więcej z nas będą spotykać represje jak w przypadku studentek i studentów Uniwersytetu Jagielońskiego. Mimo tego musimy podjąć to ryzyko — wystarczająco długo zaciskaliśmy pasa. Nadszedł czas, żeby zawalczyć o godne warunki studiowania.
Jakub Straszewski
