Koniec studiów to nie koniec śmieciówki
24 II 2026 24 lutego 2026
Tekst jest częścią ósmego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
Jak jest po studiach i dlaczego tak źle?
Korporacyjna dynamika rządząca uniwersytetami wyższymi mogłaby sugerować, że studia stanowią katapultę do kariery na rynku pracy. Rektorzy naszych uczelni w końcu chętnie podają sobie ręce z korporacjami, lekką niczym piórko ręką oddając przestrzeń uczelnianą na promocję kapitału, aranżując pod potrzeby konkretnych gałęzi biznesu całe struktury danych kierunków. My same, wśród zgliszczy rozkradanego przez lata zaplecza socjalnego, próbujemy doczłapać od pierwszego do pierwszego, balansując między śmieciową, pardon, elastyczną pracą a napiętym grafikiem uczelnianym. Na deser, w trakcie studiów wykręcamy horrendalne liczby godzin na nieodpłatnych praktykach, których doświadczenie jest późniejszym podłożem do otrzymania satysfakcjonującej pracy… prawda?
Rynek pracownika, huh?
Kończysz wreszcie te studia, zrzucasz kajdany uczelniane, wychodzisz z rąk swojej alma mater i podbijasz rynek pracy. Rynek głośno promowany wśród biznesu jako ten rządzony przez pracownika. Nagle dowiadujesz się, że na tym rynku pracownika, na przykład w samym Krakowie pracodawcy zgłosili do urzędu pracy prawie 25% mniej ofert, bezrobocie wśród młodych (licząc ludzi aż do 30 roku życia) wzrosło o 37,7%, a według Eurostatu roczny wzrost bezrobocia wśród osób do 25 roku życia jest w Polsce najwyższy z całej Unii Europejskiej. Spotyka nas brutalna rzeczywistość, w której mit o klepniętym stemplem dyplom ukończenia studiów miałby być gwarantem zatrudnienia, można włożyć między bajki. W poststudenckim życiu ląduje się nie w obiecanych przez kapitał, pod rękę z władzami uczelni, złotych górach, lecz w prekarnym horyzoncie bez gwarancji stabilnego zatrudnienia. Oczywiście, mamy „zatrudnienie” i zatrudnienie. Nie wiem jak Wy, ale ja mam dość konkretne wyobrażenie satysfakcjonującej formy zatrudnienia: jest to praca w tzw. zawodzie, na stabilnej umowie (czyt. umowie o pracę na czas nieokreślony), adekwatna do kwalifikacji i wynagradzana płacą, która z biegiem czasu systematycznie oddala się od minimalnej. Jak jednak wygląda to prekarne pogorzelisko i walka o przetrwanie po studiach? Pozwolę sobie zaprezentować ten obraz na naturalnym dla mnie poletku, czyli gastronomii. Gastrorzeczywistość jest moją codziennością, lecz przede wszystkim – ku radości stawianej przeze mnie tezy – jest również bardzo ilustracyjnym odzwierciedleniem sytuacji młodych na rynku pracy, stanowiąc około 44% pierwszej branży zawodowej dla pokolenia Z.
Jesteś tym, co jesz?
Kilka wstępnych faktów na temat współczesnej polskiej gastronomii. Pandemia nie była wcale gastro straszna, wbrew lamentom klasy lokalami zarządzającej. Branża po roku 2021 jedynie znacząco rośnie. Krótki przegląd przez dane GUS-u unaocznia, że lokali nie tylko po pandemii przybyło, ale wciąż przybywa w tym momencie. Raport z 2021 roku informował o 74 189 lokali, w 2022 była mowa już o 83 937, a w 2023 o 93 306. Na rok 2025 mowa tutaj już o ponad 100 tysiącach placówek gastronomicznych. Bajki o tym, że nikt już gastro prowadzić nie chce, można schować między te same bajki, co wyżej wspomniany mit dobrej pracy po studiach. Aż 22%, czyli blisko ¼, zatrudnionych w gastro jest zatrudniona jedynie na część etatu. Ilość etatów szacuje się na około 130-140 tysięcy osób etat wyrabiających (co wcale nie oznacza umowy o pracę, a więc… etatu).
Wisienka na torcie gastrociekawostek: gastronomia może się pochwalić największym odsetkiem pracowników najemnych otrzymujących wynagrodzenie brutto nieprzekraczające obowiązującego w końcu roku minimalnego wynagrodzenia: to aż 35,5% siły roboczej (dane na 2024 rok).
Można zapytać: na co składają się te wszystkie liczby? Otóż z tej krótkiej broszurki o gastronomii wyłania się następująca diagnoza: branża, która jest w ciągłej tendencji zwyżkowej i która najczęściej zatrudnia młode pracownice to jednocześnie branża, która najczęściej oferuje najgorsze warunki finansowe i nie zapewnia etatu niemal ¼ swoich pracowników. Wątpiący w korelację statystyk z drugiego oraz trzeciego akapitu zapewne przytaczaliby argumenty o tym, że elastyczna praca dotyczy studentek i studentów związanych grafikami swoich studiów i że to uczące się, nie absolwenci, stanowią większość młodego pokolenia zajmującego się gastronomią. Doświadczenie gastropracy od środka, zarówno w wieku studenckim i później uświadomiło mi coś innego. Warunki pracy opartych na umowach cywilnoprawnych (lub ich braku), niskich pensjach i obowiązkach poniżej kwalifikacji rzutują na wszystkich w branży. Szefa lubującego się w jak najtańszej pracy nie będzie interesowało stworzenie stabilnego środowiska pracy dla absolwentki, skoro jest w stanie zatrudnić kolejną studentkę, której nie musi opłacać ZUS-u – bardziej skłonną zgodzić na elastyczne warunki, a dla której wynagrodzenie na rękę wygląda atrakcyjniej.
... i tak wkoło, Macieju
W miejscu obiecywanego horyzontu możliwości przed absolwentkami najczęściej jawi się smutna rzeczywistość, która jest zwyczajnym przedłużeniem poprzedniego stanu rzeczy. Życie po studiach staje się zamknięciem w prekarnej pułapce, gdzie najbardziej prawdopodobna staje się egzystencja ze zlecenia na zlecenie, niczym Śmieciówkowy Uroboros. Los młodych pracownic i pracowników w Polsce to zależność od przedsiębiorczej łaski. Podczas gdy rządzący z uśmiechem przyklepują odrzucenie reform Państwowej Inspekcji Pracy, bojąc się ręki biznesu bardziej niż utraty środków z Krajowego Planu Odbudowy, my wyginamy kręgosłupy w elastycznej rzeczywistości rynku.
Jędrzej Szczepański
