ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

W tym kotle gotują się młodzi prekariusze, czyli krótko o realiach pracy w gastronomii

19 XI 2025

W tym kotle gotują się młodzi prekariusze, czyli krótko o realiach pracy w gastronomii

Tekst jest częścią siódmego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.

Gdy podejmowałem swoją pierwszą trójmiejską pracę w gastronomii — pardon, pierwsze zlecenie — usłyszałem od swojego praco...zleceniodawcy coś, co wówczas dla młodego umysłu nie wybrzmiało podejrzanie, choć celnie odzwierciedla realia pracy w gastro. Wraz z resztą nowych kelnerek zostałyśmy na pierwszym spotkaniu poinformowane o wyraźnych wymaganiach i oczekiwaniach związanych z poziomem poprzedniej ekipy, warunkach naszego zatrudnienia oraz, co stanowi clou wspomnienia, „żebyśmy nie przejmowały się zapisem o miesięcznym wypowiedzeniu, bo to zlecenie i w razie potrzeby zwolnione zostaniemy znacznie szybciej”.

ZA GARAMI, ZA LASAMI

Do gastronomii, jak każdej głęboko prekarnej pracy, lubi lgnąć opinia „minionych złych czasów”, według której rządy płacy za bezcen, folwarków złych szefów „Januszy” i uciśnionych przez nich „panów Areczków” są już za nami. Nie zdziwi Was, gdy powiem, że minione złe czasy trwają, tylko nad prekarną krainą gastronomii rządzą młodzi i dynamiczni, eksperci od luzu i uśmiechu. Niby między nimi a „Januszami” jest gruba ściana, ale to wciąż specjaliści od śmieciówek i miłośnicy statusu studenta w jednym. Ci szefowie, wraz ze wspierającą ich klasą menadżerską, wciąż operują tymi samymi narzędziami: wypłatą w granicach minimalnej, posiłkiem pracowniczym (podanym z dobrą wolą lub promocyjnie odpłatnym), umową zlecenie (lub jej brakiem) oraz benefitem do wypłaty w postaci napiwków (łaska szefa i klienta, błogosławieństwa chodzą parami). Kochają wspominać o elastyczności, dobrej atmosferze, spoglądać w monitoring, czy alarmować się we wspólnym gastrogronie o nadchodzących plagach (tj. wizytach sanepidu) poprzez grupki fejsbukowe.

ARECZEK A.D. 2025

Jaka jest w tym wszystkim sylwetka młodego gastropracownika? Wzorcowy posiada status studenta (bo uczelnia ubezpieczy!), przyjmuje swoje ustawowe minimum (żeby po 26. urodzinach obudzić się z odciągniętymi kilkoma złotymi), przepracowuje wszystkie weekendy w miesiącu (za normalną stawkę; przecież dzień, jak co dzień), nie choruje i nigdy nie wymawia słów: „umowa o pracę”. Koleżanki i koledzy z pracy są chwilowi, bo przecież samemu się znika. Młody pracownik nie oczekuje więcej, niż ma dane, potrafi więcej, niż wiek sugeruje, nie przywiązuje się do niczego...ale równocześnie przywiązuje się do lokalu. Jest to doskonały przykład schizofrenicznej natury szefostwa: dawać wszystkie warunki budujące poczucie niestabilności, żeby potem wymagać stabilnego przywiązania i lamentować o tym, że kolejna pracownica znika, a w ogóle żaden młody nie ma poczucia obowiązku. Bo w dobrym tonie nie jest zawiązanie np. umowy o pracę w momencie, gdy stosunek pracy następuje. Człowiek z klasą jest zdolny wyobrazić sobie, że ją posiada, i na podstawie tego wyobrażenia zobowiązać się do każdego polecenia.

JESZCZE TYLKO JEDEN SEZON, JESZCZE TYLKO JEDNA KNAJPA

Beznadziejne warunki pracy w gastronomii łatwo ograć narracyjnie – to zajęcie tymczasowe, dorywcze. Gastroprace są wzorcowym zobrazowaniem wpadania w standingowską „pułapkę prekarności”, w której co każdy zmieniany lokal lądujesz w punkcie „zaraz stąd wyjdę i zacznie się życie”. W tym punkcie zastawiona jest rzeczona pułapka: znowu zmiana pracy, nowe szefostwo, nowa kuchnia, nowe kelnerki, nowy zmywak, ta sama śmieciówka i ta sama ustawowa minimalna, kolejny powrót do punktu zero. Nagle z dorywczej pracy sezonowej rodzi się kolejny sezon, z sezonu kolejny rok, a z roku szereg lat. Jak pisał sam zainteresowany: „wielu rozpoczyna dorywcze prace, które przeciągają się znacznie ponad okres, w którym trzeba dowieść swojej zatrudnialności”. W gastropracy łatwo obudzić się i zdać sobie sprawę, jak dużo nastąpiło zmian, ale nie doszło do tej jednej: wciąż tkwi się w „elastycznym” piekle.

DYSKRETNY UROK UŚMIECIOWIENIA

Mając na uwadze wszystkie wyżej wymieniane przywary gastropracy nie można nie zauważyć, że opiera się ona również o kuszącą obietnicę „wolnolotności”. Niestabilne warunki rządzące gastro oczywiście przejrzane związkowym okiem są wypaczeniem, wyzyskiem i porażką zezwalającego na takie rozumienie pracy państwa, ale czy ciężko dziwić się młodej pracowniczy zawierzającej tym prekarnym obietnicom? Gastropraca, serwując z ładnym uśmiechem, obiecuje dobór grafiku wobec potrzeb, niski próg wejścia („nic nie musisz umieć!”, „nauczymy Cię od podstaw!”), i brak przywiązania czy odpowiedzialności (bo przecież jesteś tu na chwilę). I w tej prekarnej obietnicy paradoksalnie rodzi się jedno z cięższych związkowych wyzwań – jak przekonać młode pracownice, że te wszystkie udogodnienia są przeciwko nim? 

Prosta odpowiedź wybrzmiałaby jako „Zrzeszać się! Organizować się!”, ale wszyscy chyba zdajemy sobie sprawę z tego, że tradycyjne zrzeszanie się w gastronomii jest właściwie niemożliwe, lokale są małe i operują na śmieciówkach. Drogę do związkowej pieczy nad gastronomią mogą otwierać związki branżowe czy regionalne, w tym również koła młodych Inicjatywy Pracowniczej. To oczywiście świetne i potrzebne rozwiązanie, tylko związek zawodowy trzeba jeszcze chcieć uciągnąć i aktywnie wspierać. Samo powstanie komisji nie jest magicznym remedium — potrzebne są pracownice gotowe przyjąć do świadomości, że (chcąc czy nie chcąc) tkwią w tej prekarnej gastropułapce coraz dłużej. Gastropracownico, gastropracowniku, warto zadać sobie pytanie: skoro jestem tutaj już siódmy rok, to może jest po co podjąć walkę?

Jędrzej Szczepański

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja