Zdrowie psychiczne to nie Twój prywatny interes: self-care, mindfulness i indywidualizacja cierpienia
20 XI 2024 20 listopada 2024
Tekst jest częścią piątego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
W czasach gdy kapitalizm przenika każdą sferę naszego życia, zdrowie psychiczne zostaje zredukowane do kolejnego indywidualnego projektu nastawionego na sukces. Z każdej strony mainstreamowego przekazu słyszymy, aby zadbać o siebie. Porady o tym, jak medytować, ćwiczyć jogę czy stosować techniki mindfulness, zalewają media społecznościowe, a potoczny język nierzadko zmienia się w terapeutyczną mantrę. Pozornie brzmią one jak akt troski, kryje się za tym coś innego, często nieuświadomionego — systemowa normalizacja cierpienia i jego prywatyzacja. We współczesnym społeczeństwie systemowe, a nie indywidualne rozwiązania naszych bolączek wydają się niemal niemożliwe do wyobrażenia. Zdrowie psychiczne postrzegane jest jako autonomiczny system, a jeżeli mamy z nim problemy, to ich przyczyn szukamy wyłącznie w sobie.
Self-care jako forma ucieczki
Praktyki self-care, początkowo związane z ruchami społecznymi osób pozbawionych dostępu do profesjonalnej opieki medycznej, współcześnie zostały przejęte przez rynek. W latach 60. i 70. były aktem politycznym – sposobem na przetrwanie w systemie, który zaniedbywał, ignorował lub dyskryminował dane grupy społeczne. Niegdyś będące formą oporu wobec systemu, współcześnie stały się jego produktem. Krem nawilżający, sesja medytacji online, zestaw świec zapachowych – wszystko to ma przynieść psychiczną ulgę oraz, szerzej, zapewnić jednostce funkcjonowanie w stanie ciągłej, kapitalistycznej produktywności. Self-care rzadko kiedy wychodzi poza jednostkowe doświadczenie; jest tymczasowym plastrem na rany, które w rzeczywistości wymagają systemowych rozwiązań, o których nie mówi się nawet w połowie tak często. Bezpieczne, stabilne miejsca pracy, godne płace, własny kąt, czas i przestrzeń na odpoczynek nie są tak łatwe do zdobycia jak jednorazowy produkt zapewniający chwilową ulgę. Przestrzeń na odpoczynek jest szczególnie w tym kontekście istotną kwestią — postulaty dobrej pracy i godnych płac są często podnoszone i objaśniane w naszym ruchu związkowym, warto jednak podkreślić, że bez odpoczynku nie da się działać, być kreatywnym i gotowym, by zmierzyć się z wyzwaniami, które stawia przed nami walka o lepszy byt.
Kapitalizm ma zdolność do wchłaniania wszelkich prób sprzeciwu, a self-care jest tego doskonałym przykładem. Przestało ono być użytecznym narzędziem w walce z nierównościami — przeciwnie, cementuje je i pacyfikuje nasz opór.
Mindfulness, czyli jak nauczyć się akceptować wyzysk
Mindfulness, tłumaczona na polski jako uważność, stała się popularnym antidotum na stres i wypalenie zawodowe, ale jego współczesna forma ma niewiele wspólnego z pierwotnymi tradycjami buddyjskimi, z których się wywodzi. Techniki zostały wyrwane z kontekstu duchowości i wspólnotowości, a następnie zaadaptowane przez korporacje jako narzędzie zarządzania stresem. Obecnie już nie tylko pracownik korporacji powinien znać te metody. Łapiąc się jakiejkolwiek pracy lub przystępując do sesji egzaminacyjnej, mamy być odporni na stres, wytrwali i nieugięci. Zamiast skłaniać do refleksji nad źródłami naszych odczuć, mindfulness w swojej komercyjnej wersji uczy jednostki, jak radzić sobie z trudną rzeczywistością, zamiast ją kwestionować. Uczy akceptacji wyzysku i przystosowania do warunków, które są niezdrowe i szkodliwe. Zamiast zachęcać ludzi do zadawania pytań – dlaczego muszą funkcjonować w warunkach wymagających zarządzania stresem, dlaczego są wypaleni zawodowo – praktyka mindfulness odwraca uwagę od problemu. Staje się formą psychicznego narzędzia służącego do przeżycia dnia w systemie, który jest z gruntu wadliwy. Z kapitalistycznej perspektywy to rozwiązanie idealne: zrelaksowany pracownik jest wydajniejszy, a poczucie indywidualnej winy za odczuwany stres odciąga uwagę od prawdziwych źródeł problemu, takich jak presja wyników w pracy czy brak sieci wsparcia. Mindfulness w tej uproszczonej, indywidualistycznej wersji przekształca narzędzia introspekcji i kontemplacji w jeszcze jedną formę kontroli. Nie zachęca do zmiany, nie daje przestrzeni do protestu – sprawia, że ludzie uczą się być bardziej elastyczni i przydatni systemowi. To nie terapia, tylko strategia przetrwania; tak jak self-care, wyłącznie umacnia ona status quo.
Co możemy zrobić?
Zamiast pytać, jak być bardziej produktywnym, pytajmy: dlaczego w ogóle musimy pracować ponad własne możliwości – czy na pewno służy to nam? Dlaczego praca dominuje nad wszystkimi innymi aspektami naszych żyć? Co sprawia, że codzienność staje się tak trudna do zniesienia? Jeśli przyjmiemy założenie, że zdrowie psychiczne nie jest prywatnym interesem, uda się nam wyobrazić alternatywę i podjąć próbę wprowadzenia jej wspólnie w życie. Zmiana wymaga odrzucenia iluzji, że ze wszystkim możemy poradzić sobie sami. Ukojenia możemy szukać nie tylko w pracy nad sobą, ale również w działaniu z ludźmi. Indywidualne praktyki mogą przynieść chwilowe wytchnienie, ale to kolektywne działania są kluczem do zmiany.
Korzystajmy ze specjalistycznej pomocy, wykorzystując fakt, że jest ona dostępna i darmowa na większości uczelni. Budujmy trwałe relacje, w których możemy liczyć na drugą osobę z wzajemnością. Zamiast wyłącznie dostosowywać się do wykańczającej rzeczywistości, kwestionujmy ją, patrzmy na nią krytycznie i próbujmy ją zmieniać — poprzez związki zawodowe, organizacje lokatorskie, czy przez inne inicjatywy, które walczą o to, co dla nas ważne. Ideały łączą ludzi, a wspólne działanie zarówno podnosi na duchu, jak i prowadzi do materialnej zmiany rzeczywistości wokół nas.
Dominika Lichańska
