Zdolność do czynności niemoralnych – o aplikacji radcowskiej słów kilka
22 marca 2026
Tekst jest częścią ósmego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
Finał studiów prawniczych to powód do dumy. Niejedną studentkę rozpiera, gdy pozując z oprawioną pracą magisterską i bukietem kwiatów pod wydziałem, do którego chodziła przez ostatnie pół dekady swojego życia, uśmiecha się do obiektywu. Jest co świętować – to jeden z tych kierunków, który kojarzy się z prestiżem, fachową wiedzą, gwarancją zatrudnienia. Mój świętej pamięci dziadek, kiedy dowiedział się, że zmieniłam byle jakie studia z wydziału filologicznego na studia prawnicze powiedział „w końcu w tej rodzinie będzie ktoś, kto będzie kimś”.
Absolwentki studiów prawniczych stają pod koniec swojej ścieżki edukacji na rozdrożu i mogą skręcić albo w karierę naukową, albo pracę w zawodzie. Ale czym zasadniczo jest zawód prawnika? Prawnik, adwokat, ludzie często tych pojęć używają zamiennie. Prawnik to tylko absolwent studiów prawniczych, natomiast adwokat, radca, czy notariusz to wolne zawody zaufania publicznego. Bycie młodym prawnikiem poza akademią jest jak bycie nikim – prawnik po studiach nie ma uprawnień – nie może reprezentować klientów przed sądem, zresztą nie ma odpowiedniej wiedzy i praktyki. Wydawałoby się, że po 5 latach studiów jest się w końcu tym kimś i ma się w głowie coś. To przekonanie jednak szybko znika.
Patrząc na oferty pracy czytamy: poszukiwany młodszy prawnik do kancelarii zajmującej się kredytami frankowymi, prawem bankowym, może inwestycjami na rynkach zagranicznych, ewentualnie obsługą korporacyjną spółek zależnych. Oczywiście z doświadczeniem. Świeżo upieczone absolwentki, które na studiach liznęły kapkę wiedzy z każdej z gałęzi prawa, nie mają co liczyć na sukces w procesach rekrutacyjnych prowadzonych przez kancelarie ogłaszające się na portalach internetowych. Pozostaje pukanie od drzwi do drzwi, wysyłanie maili z CV do miejsc, które choć trochę odpowiadają preferencjom kandydatki – a dla szczęściar odpalenie znajomości.
Stąd przeważnie podejmuje się decyzje o wstąpieniu w szeregi któregoś z samorządów zawodowych. Samorząd radcowski (podobnie jak adwokacki) oferuje 3-letnie szkolenie „przyuczenie do zawodu”, w trakcie którego w każdym z województw pod czujnym okiem najznamienitszych radców prawnych aplikantki i aplikanci chodzą na zajęcia, praktykują zawód pod opieką patrona, odbywają praktyki sądowe i pozasądowe – żeby w końcu podejść do egzaminu radcowskiego.
Oferuje, bo jest to w zasadzie oferta. Za aplikację się płaci – i nie są to symboliczne kwoty. Opłata za egzamin wstępny (tak, zdaje się egzamin wstępny!) – 1 125 złotych. Wpis na listę aplikantów radcowskich – 466,60 zł. Opłata za szkolenie od tego roku wynosi 6 500 złotych za rok. Składka – 30 złotych. Egzamin radcowski – 3 364,20 złotych.
Pomijając fakt, że same kwoty brzmią złowieszczo i raczej bez wsparcia rodziny czy chwilówki część absolwentek nie jest w stanie ich uiścić, sam fakt przystąpienia do samorządu nabiera charakteru niemal ceremonialnego. Po oficjalnym ślubowaniu, w którym aplikanci obiecują:
[...] w wykonywaniu zawodu radcy prawnego przyczyniać się do ochrony i umacniania porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej, obowiązki zawodowe wypełniać sumiennie i zgodnie z przepisami prawa, zachować tajemnicę zawodową, postępować godnie i uczciwie, kierując się zasadami etyki radcy prawnego i sprawiedliwości.
...dziekan okręgowej izby radców prawnych wygłasza przemówienie. Opowiada o tym, że wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną, ale za wielkim przywilejem idzie również wielki obowiązek; że mamy działać w słusznym interesie klienta, ze starannością wynikającą z wiedzy prawniczej oraz zasad etyki radcy prawnego, nie opuszczać zajęć, sumiennie przygotowywać się do należytego i samodzielnego wykonywania zawodu, ale też integrować się, odpoczywać, rozwijać pasje i zainteresowania. To wszystko przekazywane jest w jednym, płynnym, życzliwym komunikacie, chwilę między ślubowaniem a rozdaniem materiałów promocyjnych dwóch największych wydawnictw prawniczych…
Czar, jeśli w ogóle istniał, pryska. Samorząd zawodowy to nie pchana poczuciem sprawiedliwości grupa moralnych intelektualistów. To biznes – niezależnie od tego, w jakim opakowaniu się go sprzeda. Doniosłe zasady Kodeksu etyki zawodowej, przepisy Ustawy o radcach prawnych, a szczególnie ten dotyczący nieskrępowania radcy prawnego poleceniem co do treści opinii prawnej – wszystko to, co ma rangę zawodowego aksjomatu w świadomości aplikantów i radców, w rzeczywistości jest zasadą równie abstrakcyjną co konstytucyjna zasada demokratycznego państwa prawnego. Oczywiście nie jest tak, że wszystkie wspomniane normy są martwe – radcy w istocie stają przed komisjami dyscyplinarnymi, ale samorząd rządzi się zasadami rynku, nie zawodowej etyki. Wykładnia przepisów to wykładnia korzystna dla klienta, niezależnie od tego, jakiej wymaga gimnastyki. Aplikantów chyba to nie dziwi – wspomniane przepisy to kolejna ocena do zaliczenia i pewien drogowskaz, żeby na za dużo sobie nie pozwalać, ale rzeczywistość – to zupełnie inna sprawa. Bo co nam po zasadach etyki i normatywnych kagańcach, skoro prawo, będąc podstawowym narzędziem kapitału, reprodukcji władzy, ucisku, nierówności, musi być wystarczająco plastyczne i tolerancyjne, żeby skutecznie pełnić swoją funkcję.
Pomimo usilnych starań romantycznej części kadry akademickiej, wśród ambitnych studentek i studentów prawa wciąż dominuje konkretny obraz prawdziwego prawnika. Archetyp mecenasa-cwaniaka, który wyłącznie siłą własnej inteligencji i brakiem jakichkolwiek zahamowań moralnych jest w stanie wygrać dla klienta każdą, nawet najbardziej beznadziejną sprawę, zgarniając przy tym pokaźne wynagrodzenie. Taka popkulturowa wizja zawodu przemawia do wielu, bo chęć bycia lepszym od innych oraz obietnica wysokiej pensji pozwalają nam zacisnąć zęby, żeby wyrobić kolejne w tym tygodniu nadgodziny. Myślimy o kieracie na aplikacji jako etapie przejściowym, koniecznym na drodze do prawdziwej kariery.
Bo tak, wśród aplikantów panuje etos permanentnej harówki – z tym wyjątkiem, że zdajemy się to kochać, może ze względu na prestiż, może ze względu na to, że wszyscy wzajemnie dokręcamy sobie śrubę. Ktoś wychodzi w trakcie zajęć – dzwoni klient. Ktoś podczas wykładu namiętnie stuka w klawiaturę – dziś mija termin na wysyłkę pisma procesowego w jego kancelarii. Zdaje się, że przeciążenie pracą jest normą – normą w istocie pożądaną, bo praca jest nauką. Im więcej pracujemy, tym jesteśmy lepsze, jako aplikantki i przyszłe radczynie. W tym może tkwić obłęd tego zawodu – w całkowitej normalizacji pracy ponad miarę, ale właściwie pod żadnym przymusem, jednak z subtelną sugestią, że taki stan rzeczy jest pożądany.
I tak zdawałoby się elitarny zawód niczym więc nie różni się od innych. Możliwe, że jego wyjątkowość płynie z historii, konotacji zakorzenionych głęboko w społeczeństwie, odpowiedzialności i wagi wykonywanej w pracy – w końcu mamy reprezentować klientów przed sądami i innymi organami, gdzie zwykły obywatel gubi się w gąszczu przepisów i niepisanych zasad. Możliwe, że jego wyjątkowość płynie też z naszego mniemania o samych sobie – coś na zasadzie ludzi lepszej kategorii, którzy rozumieją polisy ubezpieczeniowe i prawo spadkowe.
Zadaję sobie pytanie, czy wynika to ze specyfiki wolnych zawodów prawniczych, czy może ze specyfiki pracy w kancelarii – powszechne jest przekonanie, że in-house lawyer zbija bąki 5 dni roboczych nad zagadnieniem prawnym, a potem i tak przekazuje je do rozwiązania współpracującej z firmą kancelarii. Ten niuans prawdopodobnie nie ma żadnego znaczenia. Młoda krew, która zdaje egzamin i rozpoczyna szkolenie zawodowe może i jest napędzana zbliżającymi się terminami, ciągłymi pytaniami o interpretacje nowych przepisów, zleceniami porad prawnych czy projektów umów, ale myślę, że głównym czynnikiem wpływającym na sposób bycia młodych prawników jest nasz strach przed porażką. Jesteśmy tutaj, po pięciu latach studiów, z żadnym lub niewielkim doświadczeniem, z mnóstwem zobowiązań, ratami do spłacenia i setką osób w tej samej sytuacji, które — podobnie jak my — chcą coś osiągnąć: może pracować za więcej niż minimalną, mieć jakąś tam reputację, zdać egzaminy w pierwszym terminie, budować karierę. I to wszystko ze świadomością, że porażka nie tylko boli, ale również kosztuje.
Janina Kowalska
