ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

Prywatne jest polityczne, czyli o uczelniach niepublicznych

28 XII 2025

Prywatne jest polityczne, czyli o uczelniach niepublicznych

Tekst jest częścią siódmego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.

Analizując system edukacji wyższej w Polsce, trudno nie zauważyć, że posiada on chimeryczną strukturę – jest zszyty z dwóch części, które nie do końca do siebie pasują. Mowa oczywiście o strukturze własnościowej polskiej edukacji, tzn. podziale na uczelnie publiczne i niepubliczne. Pomimo tego, że deklaratywnie wszystkie uczelnie mają podobne cele i są zarządzane podobnym reżimem prawnym, różnice między tymi dwoma „typami” studiów są znaczące. Dużo mówi się o uczelniach publicznych, podczas kiedy uczelnie prywatne (a co dla nas dużo ważniejsze, ich studenci), zdają się być odcięte kordonem informacyjnym liberalnego myślenia o prowadzeniu biznesu. Rzućmy więc trochę światła na funkcjonowanie prywatnych uczelni, zaczynając od ich genezy.

Lata 90’ to nie tylko bezrobocie, rosnące nierówności, głód, kolorowe szyldy, nowotworowy rozrost seksbiznesu i rakotwórcze słodycze, ale również zasadnicze tąpnięcie w systemie edukacji wyższej. Ogromna rzesza młodych ludzi, wkraczających wtedy w „wiek akademicki” (zarówno podczas istnienia pierwszej „Solidarności”, w stanie wojennym jak i w drugiej połowie lat 80’ zanotowano duży wyż demograficzny) spotkała się ze zmianą umowy społecznej. Edukacja wyższa nie była już postrzegana w kategoriach społecznej misji państwa i narzędzia awansu społecznego. Wymuszona — zarówno przez zachodnie koncerny, wchodzące do Polski, jak i politycznych decydentów „pomagających” politycznym elitom w procesie prywatyzacji, takie jak OECD czy Bank Światowy — idea menadżerskiego kapitalizmu wymagała innej struktury społecznej. Potrzebowała wykwalifikowanych i certyfikowanych pracowników oraz menedżerów średniego szczebla. W odpowiedzi na tę potrzebę nie tylko wprowadzono płatne formy studiowania na uczelniach państwowych, ale też umożliwiono podmiotom prywatnym otwieranie uczelni.

Instytucja uniwersytetu nie zrzekła się swoich przywilejów hegemona na płaszczyźnie edukacji. Edukacja na prywatnej uczelni jest naznaczona pewną stygmą, zarówno ze strony społeczeństwa jak i „z wewnątrz” społeczności akademickiej. Stwierdzenie, że prywatne uczelnie to tylko i wyłącznie ośrodki, gdzie utracjusze z bogatych rodzin idą odebrać dyplom, byłoby drastycznie krzywdzące i reduktywne. Chociaż renoma wielu uczelni prywatnych jest niska nie bez powodu, nie możemy ograniczać swojej studenckiej perspektywy do papugowania opinii uniwersyteckich arystokratów. Prywatne uczelnie nie są i nie będą miejscem, gdzie reprodukują się elity – kapitał kulturowy dzieci bogaczy umożliwia im dostawanie się na najlepsze wydziały publicznych (a przez to mających głębokie tradycje i ogromny prestiż) uczelni. Prywatna edukacja jest „edukacją alternatywną”, swoistą przykrą ewentualnością dla tych, którzy nie mieli szczęścia odziedziczyć kapitału kulturowego i materialnych warunków, które pozwolą im się dostać na te publiczne uczelnie, zlokalizowane w dużych miastach.

To pojęcie alternatywności jest kluczowe w analizowaniu interuniwersyteckiej i wewnątrzuniwersyteckiej hierarchii. Tak jak studenci studiów zaocznych są traktowani jak studenci drugiej kategorii przez klasę panującą na uniwersytecie – analogicznie naznaczeni piętnem „hańby” i podrzędności studenci prywatnych uczelni są wykluczani z grona „prawdziwych” akademików. Niewypowiedzianym pytaniem zawsze jest Dlaczego nie na publicznym (czytaj: normalnym) uniwersytecie?, co domyślnie również oznacza To nie jest miejsce dla Ciebie/Byłeś za głupi, żeby iść na normalny uniwersytet. Studiowanie na prywatnych uczelniach często bywa jedynym sposobem na łączenie edukacji z pracą zarobkową, bo tylko prywatne uczelnie oferują tak elastyczne warunki nauki. Niejednokrotnie oznacza też brak środków z wyprowadzką do akademickich metropolii. Dzięki temu jednocześnie kapitał może pozyskiwać wykwalifikowanych pracowników, którzy jednocześnie nie podważają dominującej pozycji wyedukowanych, uniwersyteckich elit. Łatwo to zobaczyć po tym, że na uczelniach prywatnych (wyłączając wyjątki, takie jak SWPS czy Koźmiński) drastycznie zmarginalizowana jest rola badań.

Jak zwykle, na tej „braterskiej umowie” kapitału i uniwersytetu tracimy my – studenci. Niezależnie od trybu studiowania i uczelni, na jakiej studiujemy, wszyscy zasługujemy na taki sam dostęp do edukacji: równy i powszechny. Pomimo że usilnie próbuje się nas separować, posiadamy wspólne interesy i wspólnych wrogów. Studiowanie nie może być tworzeniem pracowników pod dyktando biznesu, tylko narzędziem awansu społecznego. Każdy na własnej skórze czuje studencką biedę, niezależnie od statusu naszej uczelni. Państwo skapitulowało w latach 90’ i zamiast kontynuować projekt umasowienia edukacji, wydało wszystkich studentów na łaskę biznesu, pracodawców i feudalnych rektorów. Dlatego nie będziemy zaciskać pasa, tylko musimy zewrzeć szeregi i zacisnąć pięści.

 

Mikołaj Jędrzejewski

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja