ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

Kultura dyskusji bez dyskusji. Jak zaczęliśmy się bać mówić? 

20 VII 2026

Kultura dyskusji bez dyskusji. Jak zaczęliśmy się bać mówić? 

Tekst jest częścią dziesiątego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.

Rozmowa jest podobno fundamentem życia intelektualnego. W teorii – tym, co odróżnia universitas od korporacji. W tym pierwszym pytania mają prawo być nierozstrzygnięte, a poglądy zderzają się ze sobą w poszukiwaniu czegoś bliższego prawdzie. W praktyce chodzi o coś zupełnie innego – zarządzanie wrażeniami, bo to one mają władzę. Polityczne inicjatywy młodzieżowe istnieją, młodzi ludzie działają, organizują się, tworzą kolektywy, NGO-sy, koła naukowe, festiwale i alternatywne przestrzenie. Widząc to, łatwo ulec optymizmowi – robią to szczególnie dziennikarze, którzy spijają opowieść o zbuntowanym pokoleniu i z namaszczeniem wsłuchują się w słowa liderek i liderów tychże. 

Ale warto zapytać: co właściwie robimy na tych spotkaniach? Jak wygląda wypracowywanie i dochodzenie do naszej prawdy? Czy wymieniamy poglądy i analizujemy ich implikacje czy raczej potwierdzamy, że wszyscy zgadzamy się z tym samym? Czy zadajemy sobie trudne pytania i rozmawiamy o faktach? Czy może wytwarzamy wspólną atmosferę, w której religią jest komfort? Kultura dyskusji jest z różnych przyczyn w głębokim kryzysie. Weźmy na tapet parę z problemów, które przeżarły nie tylko środowisko studenckie: lęk przed sporem i prywatyzację przestrzeni wspólnych.

Pokoleniowa relacja z konfliktem

Powiedzieć, że boimy się konfliktu, to powiedzieć za mało i zarazem nie do końca trafnie. Naprawdę chodzi o lęk przed potencjalnymi konsekwencjami zajęcia stanowiska. To o tyle ironiczne, że dotyczy to środowiska zafascynowanego wizją czynnego udziału w „intelektualnych ucztach” oraz estetyką buntu i oporu. Zdawałoby się, że spór będzie dla niego okazją do konstruktywnego rozwoju. To zjawisko ma swoją klasową i estetyczną tkankę. W środowiskach, gdzie liczy się wizerunek progresywności i wrażliwości, wykształciła się szczególna forma autocenzury, której nie musiał nikt narzucać z zewnątrz. Wytworzono ją wspólnie, niemalże oddolnie. Jej mechanizm jest prosty: mówisz to, co jest bezpieczne do powiedzenia. Unikasz tego, co mogłoby narazić cię na zarzut, jakikolwiek. 

Catherine Liu, pisząc o amerykańskiej klasie profesjonalno-menedżerskiej1, opisuje zjawisko, które dzięki umasowieniu kultury amerykańskiej i globalizacji w pewnym stopniu przełożyło się na nasze warunki: paraliżująca obawa przed użyciem złego słowa, wzięcia złej strony (werdykt na temat ów strony wydawany jest niezależnie od ciebie), wykazania się niewystarczającą wrażliwością. W jej analizie klasa ta nauczyła się zastępować politykę moralnym performansem – nie walczyć o zmianę systemu i redystrybucję kapitału, lecz demonstrować swoje zaangażowanie poprzez język, gest i estetykę. Studenci, jako aspirująca część tej klasy lub jako ci, którzy dopiero do niej wchodzą, przyswoili tę logikę zatrważająco sprawnie. Kultura odwoływania się do ostracyzmu jako narzędzia dyscyplinowania debaty nie ominęła lewicowych i radykalnych środowisk, również i tych spod znaku against all authority. Jej efektem jest środowisko, w którym ludzie kiwają głowami nie dlatego, że się zgadzają, ale dlatego, że to się opłaca społecznie i zawodowo.

Efekty widać w „drobiazgach”, które drobiazgami są tylko pozornie. Wchodzenie w słowo zanim rozmówca skończy zdanie – bo już wiemy, co powie, i już wiemy, czy możemy się z tym utożsamić. Rozmówca musi widzieć, jak bardzo się z nim zgadzamy i czuć się nieskrępowany naszą neutralną postawą. Może się nam nawet wydawać, że naprawdę myśli to samo, co my. Projektujemy w naszych głowach całe profile ideologiczne osób, z którymi obcujemy. Bo przecież jak jest taka fajna, to na pewno zgodzi się, z poglądem X. Normą stało się zbiorowe potakiwanie na spotkaniach. Ta pozorna zgoda jest też zewnętrznym komunikatem na temat naszej przynależności. 

Króluje nad nami potrzeba zachowania wizji wspólnego frontu, fajności, dobrej atmosfery, jako wartości nadrzędnej wobec nauki współpracy, solidarności i budowania wartościowych relacji. Nie mówiąc już merytorycznym rozstrzygnięciu sporu, o ile jeszcze kogoś to obchodzi.

Żyjemy w paradoksie: środowiska mające cenić krytyczne myślenie wytworzyły kulturę, w której krytycyzm jest tolerowany wtedy, gdy skierowany jest na zewnątrz – na egzotyczny system, obcą organizację, grupy, w kontrze do których kształtujemy tożsamości. 

Czy na uniwersytecie można rozmawiać?

Części z nas zdarzyło się brać udział w wydarzeniach mających miejsce na uniwersytecie – panelach dyskusyjnych, spotkaniach wokół publikacji, może nawet „debatach”. Wszelkie intelektualne uczty cechuje mnogość monologów i obecność widowni w miejscu potencjalnych aktywnych uczestników. Wraz z momentem otwarcia spotkania zaczyna się festiwal „to nie pytanie, ale raczej taki komentarz…”, a wraz z nim rusza machina wymiany spostrzeżeń. Nawet jeśli są one bardzo różne, rzadko bezpośrednio się do siebie odnoszą. Cieszymy się estetyką trwającego wydarzenia i tożsamością, jaką nam ono nadaje – intelektualiści, zaangażowani, dyskutanci, krytycznie myślący – ale w zasadzie wiele ono w funkcjonowaniu uniwersytetu nie zmienia. Idee, nieważne, jak radykalne, zostają zamknięte na klucz w sali wykładowej, gdzie się marynują i czekają, aż ktoś podejmie się przetestowania ich w praktyce. 

Rzecz jasna wszelkie dyskusje odbywające się w towarzystwie kadry naukowej zamieniają się w okazję do przechwałek, że się na czymś zna, coś się wie, o czymś się czytało. To czas, by zabłysnąć i zostać zauważonym. Po co? W ten sposób walczymy o pozostanie na powierzchni drapieżnego sektora, jakim jest nauka. Nie opłaca się dyskutować na serio, jeśli następnym zadaniem na naszej liście rzeczy do zrobienia jest zostanie honorowym członkiem klubu adoracji obustronnej.

Trudno zresztą o rozwijające nas spory i będące motorem zmiany społecznej idee, gdy wszystkie spotkania wymagają spełnienia szeregu wąskich wymogów formalnych, a wyłamujące się z tego rygoru siedzenie na pufach wydziału oznacza bycie pod obserwacją ochroniarza.

Polska transformacja i atomizacja 

Nie sposób analizować tej sytuacji bez zwrócenia uwagi na transformację ustrojową lat dziewięćdziesiątych. Szok przeżyła nie tylko gospodarka, ale również relacje społeczne. Można powiedzieć, że Polki i Polacy przeszli przez własną, kapitalistyczną rewolucję kulturową. Polska weszła w nowy ustrój z doświadczeniami zbiorowymi czasów Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej: zakładowych stołówek, domów kultury i świetlic, które tworzyły przestrzeń wspólnoty. Spotykano się ze sobą, rozmawiano, kłócono, organizowano – nawet jeśli tylko na poziomie zakładowym czy osiedlowym. Transformacja zastąpiła te struktury rynkiem, dosłownie i w przenośni. Przestrzenie wspólne sprywatyzowano lub zwyczajnie zlikwidowano. Czas wolny stał się towarem luksusowym. Kultura, która wcześniej miała charakter zbiorowego uczestnictwa, przekształciła się w prywatną konsumpcję. Zamiast chodzić na potańcówkę w domu kultury razem z sąsiadkami siedzimy w słuchawkach i oglądamy seriale algorytmicznie dobrane pod nasze preferencje.

Wraz ze zmianą form spędzania czasu transformacji uległy relacje. Ludzie nie zaczęli magicznie preferować samotności nad towarzystwem – zwyczajnie nauczyli się postrzegać relacje społeczne jako transakcje, w których kalkuluje się ryzyko i zysk. Społeczeństwo mające do dyspozycji infrastrukturę socjalną było zdolne do samoorganizacji, oporu i solidarności. System, który je wyposażył w te narzędzia, został zastąpiony takim, w którym instynkt samozachowawczy nie pozwala na zaistnienie takich przestrzeni i możliwości z nimi związanych.

To zjawisko dotyczy nas wszystkich, ale studiujący – jako klasa aspirująca, kształcąca się do wejścia na rynek pracy w określony sposób – są szczególnie podatni na tę logikę. Budujemy wizerunek od chwili chwycenia w dłoń naszego pierwszego smartfona. Wiemy, że świat widzi nas przez Instagram, LinkedIn, zdjęcia na publicznych wydarzeniach (i z kim jesteśmy na nich uwiecznieni) oraz deklarowane przez nas poglądy. Jak temu przeciwdziałać?

Resocjalizacja do rozmowy

Inicjatywy takie jak Alarm Studencki, kluby dyskusyjne, oddolne środowiska nie zmienią kultury dyskusji z dnia na dzień. Bądźmy wobec siebie uczciwe w kwestii skali zadania. Wytworzyłyśmy – i wytworzyły nas – konkretne nawyki, lęki i estetyczne kody. Oduczenie się starych i wytworzenie nowych wymaga czasu i pracy. Każda osoba, która wchodzi w środowisko, gdzie potakiwanie nie jest wymaganą oczywistością, dostaje realne narzędzia do jego współtworzenia. Trzeba z nich tylko (lub raczej aż) skorzystać.

Resocjalizacja do rozmowy jest wymagającym procesem. Powinniśmy dążyć do zbudowania nawyków – kończenia myśli, słuchania do końca, zastanawiania się i refleksji nad motywacjami do obrony konkretnych stanowisk. Przede wszystkim musimy nauczyć się krytykować argument, zamiast odrzucać człowieka. 

Kultura nie jest wytwarzana w próżni, tylko w konkretnych piwnicach i przy konkretnych stołach. Znaczenie klubów studenckich i potrzeba ich odbudowania jest dokładnie tym, czego brakuje współczesnej dyskusji na jej temat.

Klub nie jest „eventem”. Nie jest też serią paneli z zaproszonym gościem. Klub to przestrzeń, w której można się mylić i zaczynać od nowa, a rozmowa może trwać po skończonej prelekcji, przy zimnym piwie i bez moderatora.

Właśnie tego rodzaju rozmowy na osiedlach, zakładach i uniwersytetach – nieformalne, długie i pozbawione presji wizerunku – były historycznie tymi, które rodziły poczucie solidarności i polityczne programy. Fakt, że kampus centralny jednego z największych polskich uniwersytetów nie posiada takiego miejsca, nie jest estetycznym zaniechaniem, tylko politycznym posunięciem.



Gabriela Wilczyńska

ilustracja: Zofia Lewandowska


[1] Catherine Liu, Virtue Hoarders: The Case Against the Professional Managerial Class, MNG University Press, Washington, DC 2021.

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja