ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

Studia zaoczne jako narzędzie wyzysku

22 grudnia 2025

Studia zaoczne jako narzędzie wyzysku

Tekst jest częścią siódmego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.

W naszym czasopiśmie często punktujemy wszechobecny absurd związany z życiem i studiowaniem w III RP – kraju dla synów bogatych ojców, parafrazując tytuł filmu braci Coen. Jednak spośród wszystkich małostek, pułapek czy niesamowitości życia w późnym kapitalizmie a’la Tuskoise chciałbym skupić się na jednej, której paradoksalność zdaje się umykać większości społeczności naszych uczelni. Chodzi o istnienie swego rodzaju segregacji na polskich uczelniach, podziału na dwie kategorie studentów, które w istocie nie wchodzą sobie w drogę. Mam na myśli podział na tryby studiowania – stacjonarny i niestacjonarny.

O co chodzi? Najprościej mówiąc, stacjonarny tryb studiów to studiowanie, które wielcy profesorowie określiliby jako „normalne”, tj. uczęszczanie na zajęcia w godzinach pracy przez pięć dni w tygodniu. Studia w trybie niestacjonarnym dzielą się na wieczorowe (pięć dni w tygodniu, w godzinach wieczornych) i zaoczne (zajęcia w dwa weekendy w miesiącu). Należy nadmienić, że znacznie popularniejsze w tym segmencie są studia zaoczne. Studia zaoczne są reklamowane jako świetny sposób na pogodzenie pracy ze studiami — produkt kierowany do osób, które nie mogą sobie pozwolić, żeby podczas studiów nie podejmować pracy zarobkowej. Tutaj widzimy pierwszy przejaw tego, że ta segregacja ma charakter absolutnie normatywny. Nie bez kozery użyłem sformułowania produkt, bowiem studia w trybie niestacjonarnym są płatne.

Oto nasz własny, studencki paragraf 22. Musisz pracować, żeby się utrzymać? To płać za studia! Piękne i obrazowe podsumowanie praktycznych realiów „powszechnej i równej edukacji”, gwarantowanej nam w Konstytucji. Jednak to dopiero początek różnic między tymi trybami edukacji. Już uiściliśmy haracz za to, że wielmoże w gronostajach łaskawie przyjmą nas w poczet studentów, pomimo tego, że musimy hańbić się pracą, ale co dalej? Uniwersytet skrzętnie dzieli swoich studentów, a linia podziału między studentami stacjonarnymi i niestacjonarnymi jest przestrzegana nader skwapliwie. Nie ma wszak wspólnych grup zajęciowych czy egzaminów.

Jaki jest tego skutek? Zarówno dydaktycy jak i administratorzy traktują studentów zaocznych w najlepszym wypadku jak przykry obowiązek, w najgorszym z nieukrywaną pogardą. Pomijając graniczące z obłędem zadanie upchnięcia całego tygodnia zajęć w dwa dni, nawet jeśli student chciałby coś z tych zajęć sobie przyswoić, niezależnie od zmęczenia, często trafia na ścianę w postaci podejścia prowadzącego. Wiele już stron maszynopisu zapełniono, rozwlekając się nad tym, dlaczego prowadzący zajęcia na studiach robią to tak źle. Żeby nie powtarzać tych samych argumentów, zwrócę wam tylko uwagę na to, jak drastyczne musi to przybierać formy wobec tego „gorszego” typu studentów – nie ukrywajmy, poza aspektem organizacyjnym, jest w tym też aspekt klasowy.

Student zaoczny znajduje się więc w ogniu krzyżowym wyzysku. Nie dość, że pracuje zarobkowo przez pięć dni w tygodniu w prekaryjnych warunkach, to uniwersytet, zamiast rozbudowywać swoją infrastrukturę socjalną i faktycznie poszerzać dostęp do edukacji, niczym sęp wyrywa mu pokaźną część pensji i jeszcze oczekuje podziękowań za „możliwość awansu społecznego” w postaci zajęć prowadzonych w nieludzkich warunkach przez niezainteresowanych prowadzących.

Ta prekarna forma studiowania staje się również bronią w walce ze studentami dziennymi. Każde żądanie poprawy sytuacji jest kontrowane jawnie klasowym zarzutem: Twoje miejsce nie jest tutaj, won na studia zaoczne! Wszystko to w absolutnej separacji obydwu tych grup. Pomimo tego, że studiujemy na tej samej uczelni, większość z nas nie ma nawet mglistego pojęcia o realiach funkcjonowania drugiej grupy. Jednocześnie trapią nas te same problemy i zasługujemy na równe traktowanie, równy dostęp do edukacji i na demokratyczny uniwersytet.

Marketing studiów zaocznych jest więc bardzo wygodną wymówką dla uniwersytetu. Dalej może trwać przy swojej wykluczającej i feudalnej strukturze oraz zakłamywać rzeczywistość, wyrzucając nas poza nawias własnej społeczności, a jednocześnie żądać opłaty za prawo do studiowania, traktując je jak przywilej. Jednocześnie studentów zaocznych dalej będzie traktował jak studentów drugiej kategorii, a wszystko opakowywał w korporacyjny język „dostępności” i „elastyczności”. 

Nie chcemy elastyczności, chcemy stabilności, zarówno w pracy jak i na studiach. Rozbudowa infrastruktury socjalnej uczelni, zwiększenie środków na stypendia socjalne i urealnienie kryteriów ich przyznawania, budowa tanich akademików i zwiększenie możliwości dostosowywania planu zajęć to faktyczne rozwiązania, które pomagają godzić studia z pracą, a nie tylko służą napełnianiu rektorskich skarbców. Tak jak szefowie dzielą pracowników na „niewykwalifikowanych” i „wykwalifikowanych”, chcąc poróżnić wyzyskiwanych, tak rektorzy narzucają nam segregację studentów. Zdają się jednak nie pamiętać o jednym: uniwersytet należy do nas. Razem wyszarpiemy od paniczów w gronostajach darmową i równą edukację wyższą.

 

Mikołaj Jędrzejewski

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja