ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

Bananowe studia. Perspektywa mniej egzotycznego owoca

17 III 2026

Bananowe studia. Perspektywa mniej egzotycznego owoca

Tekst jest częścią ósmego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.

Proces przygotowawczy do aplikacji na studia prawnicze jest chory, a przyszłych studentów tego kierunku warunkuje się już od najmłodszych lat. Z jednej strony w szkołach podstawowych i liceach (szczególnie poza tzw. Big 51) panuje naturalne przekonanie o tym, że humanistycznie zapalony uczeń (musi być to , rzecz jasna, chłopiec). Ten desygnat jest swego rodzaju nobilitacją i wyróżnieniem. Mówi: ten konkretny uczeń jest co najmniej wystarczający na prawnika. Ma być przepustką do wyższej klasy, z dorozumianą obietnicą dobrych zarobków oraz realizacją ambicji godnej obywatela. Wystarczająco zadziorne i nieustępliwe dziewczęta też mogą dostąpić tego zaszczytu, choć jest to znacznie rzadsze. 

Udało Ci się napisać maturę wystarczająco dobrze, a rodzice są na tyle aspirujący materialnie, żeby wysłać Cię na studia poza Twoją dziurę. Dostajesz się na prawo – brzmi dumnie. Jednak przyjęcie na studia wiąże się również z przyjęciem pewnego metafizycznego brzemienia, o którym aspirujące prawniątko nie ma prawa wiedzieć. Co to za brzemię? To rozdźwięk między stereotypem a rzeczywistością. Studiuję prawo, ale to typowe wyjaśnienie świeżo upieczonego studenta prawa przy okazji poznawaniu osób spoza grona popleczników Temidy. Skąd taka rezerwa? 

Prawnicy to grupa, która swoją pozycję klasową manifestuje bezlitośnie i dobitnie od setek lat. Gadające głowy w telewizji, portrety na kartach historii i złocone litery na wizytówkach. Oddźwiękiem tego jest obraz studentów prawa w oczach, chciałoby się powiedzieć, normalnych ludzi. Każdy z nas zna stereotyp pyszałkowatego gościa, który uwielbia słuchać własnego głosu, a spotkać go można odzianego tylko i wyłącznie w garnitur. Co więcej, pewnie minęliście na uczelni ludzi, co do których byliście pewni, że studiują właśnie prawo. Ciekawe, prawda? Oczywiście, jeśli nie macie w drzewie genealogicznym zasłużonych palestrantów, a studiujecie prawo, pojawia się oczywisty problem: problem przynależności. Student prawa nie jest studentem prawa, a wręcz nie chce (!) nim być za żadne skarby świata. To uczucie pęknięcia będzie się tylko pogłębiać. Na ćwiczeniach koleżanki rozmawiają o tym, gdzie znaleźć można najlepszy pilates w Warszawie, a kolega pochwalił się prowadzeniem działalności gospodarczej. Ładnie wyprasowane garnitury, iPady i Macbooki, a przede wszystkim – rozmowy spoza Twojego progu podatkowego. Czy jest coś złego w chodzeniu na pilates? Nie. Ale nie da się zaprzeczyć, że tu nie pasujesz. Mówicie inaczej i o rzeczach zupełnie innych. Coś jest nie tak.

Mamy tu więc do czynienia z podwójnym odrzuceniem: pierwszym – wyrzeknięciem się; i drugim – autoselekcją. To koledzy w modnych garniturach będą chodzić na ekskluzywne wydarzenia i dostaną się na najlepsze praktyki. Sama siła uczucia niedopasowania wypycha Cię na obrzeża. Czujesz się odpychany od tych wszystkich możliwości rozwoju, jeśli w ogóle o nich wiesz. Nie zapominajmy o rytuale upokorzenia, jakim są pytania o kierunek studiów na imprezach czy spotkaniach. Ja nie z tych, ja jestem normalny. Najgorsze jest to, że czasami naprawdę ktoś na roku powie coś takiego, że rozumiesz perfekcyjnie negatywny stosunek do takich, jak Ty.

Studia prawnicze to idealny mikrokosmos działania hegemonii. Dominacja klasy panującej jest tutaj „ukryta” w kulturze i działa samorzutnie. Louis Althusser takie układy instytucji nazywał aparatami ideologicznymi państwa, ja nazwę je maszynką do mielenia studentów. Jak działa taka maszynka? Do maszynki wkładamy studenta z początku tekstu, przyjezdnego prowincjusza. Tryby maszyny, których działanie opisałem wyżej, ubijają masę studencką w postać, która będzie najbardziej przydatna do generowania siły roboczej. Ci, którzy są uprzywilejowani, wiedzą jak działa system i dzięki temu bardzo szybko przedostają się przez maszynkę. A co z tymi, którzy nie wiedzą, jak działa maszynka? Cóż, albo zostaną zmieleni całkowicie (rzucą studia), albo dopasują się docelowego, upragnionego kształtu. Jeśli jesteś wystarczająco plastyczny, to może nawet spełni się obietnica dobrego życia. Dobrze przemielony student nie zadaje pytań i gorliwie kuje i aspiruje, wierząc, że spędzenie całego życia w pracy to jego ostateczny cel.

Jak rysuje się przyszłość dla nas, mielonych? Musimy walczyć o tożsamość studencką i wspólnotę, która stanowi kontr-przestrzeń dla hierarchicznych i skostniałych form życia społecznego na uczelni. Na pewno nie można traktować ludzi z uczelni jako kosmitów  czy wrogów (czytaj: jako konkurencji na rynku pracy). Analiza strukturalna uniwersytetu to dopiero przyczynek do prawdziwego wyzwania: walki z atomizacją. Tylko masa studencka jest w stanie zapchać maszynkę.

 

Mikołaj Jędrzejewski


[1] Wielka Piątka, czyli 5 największych miast w Polsce będących centrami gospodarczymi i ludnościowymi kraju.

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja