ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

Zaklinanie demonów, czyli o prawie do informacji publicznej

5 września 2025

Zaklinanie demonów, czyli o prawie do informacji publicznej

Największym problemem każdego początkującego maga (bądź demonologa – fikcyjnego czy prawdziwego) jest zmuszenie przywołanych istot do posłuszeństwa. Jak wiadomo, służą do tego – co za Crowleyem moglibyśmy nazwać Ars Goetia – rozmaite apanaże. Pentagramy, zaklęcia, medytacja, mikstury, sól, krew różnej proweniencji i wszelkie inne praktyki mają zmusić jednego z podwładnych Lucyfera (dla szczególnie ambitnych czarnoksiężników nawet samego Ojca Kłamstwa) do kooperacji. Pomimo wieków rozwoju sztuk magicznych, literatura uczy nas, że paktowanie z demonami zwykle kończy się tragicznie. Dlaczego? Ponieważ przywołani „goście” z uporem przestrzegają swoich zobowiązań co do litery, są nieskończenie cierpliwi i – co najważniejsze – działają na rzecz czarnoksiężnika wbrew własnej woli, na zasadzie przymusu. Bliźniaczo podobny schemat odnajdziemy w naszym, zupełnie niemagicznym świecie studenckim. Dokładnie taki sam modus operandi prezentują uniwersytety odpowiadające na wnioski o dostęp do informacji publicznej.

To porównanie – może i lekko kabotyńskie – dobrze ilustruje problem, z jakim zderzamy się, stykając się z molochem administracyjnym w postaci uczelni. Brak rogów, trójzębów i wiecznych tortur jest marną pociechą, gdy uzbrojeni jedynie w ustawę z 6 września 2001 r. oraz art. 61 Konstytucji próbujemy wyrwać uniwersytetowi choćby skrawek informacji. Pomimo szumnych deklaracji w statutach i proklamacji o misji edukacyjnej, uczelnie niechętnie dzielą się szczegółami swojego działania. Wydaje się, że „kształtowanie postaw obywatelskich i wychowywanie w duchu odpowiedzialności” schodzi na dalszy plan, gdy tylko zaczyna uwierać szlachetne nadgarstki uniwersyteckiej arystokracji. Naiwny obserwator mógłby zakrzyknąć, że transparentność i przejrzystość to fundamenty demokracji, a patrzenie władzy na ręce stanowi najważniejszy element procesu decyzyjnego. Ale jeśli spojrzymy na to z perspektywy stosunków władzy – zamiast wierzyć w bajki o otwartym społeczeństwie obywatelskim, wpajane nam od szkoły podstawowej – zobaczymy jasno, że spowiadanie się ze swoich działań nie leży w interesie uniwersyteckiej elity.

Wiedza to potęga, informacja to broń, a kontrola przepływu informacji to pierwsza linia obrony kapitału. Tu mamy do czynienia z najbardziej ordynarną formą tej kontroli. Dopóki studentki nie wiedzą, co się dzieje – jak i na jakich warunkach są wyzyskiwane oraz jakie decyzje zapadają w kuluarach uczelni – nie wiedzą nawet, przeciw czemu mogłyby się buntować. Nakłada się na to dodatkowy wymiar: feudalny stosunek podległości wpisany w kulturę uniwersytecką. Błękitnokrwiści profesorowie nie zwykli tłumaczyć się tłumowi „gnojów bez habilitacji”. A dzięki polityce ciszy łatwo wytworzyć w nas poczucie osamotnienia. Gdy dostrzeżemy niesprawiedliwość, trudno znaleźć dane na poparcie naszych tez i przekonać koleżanki. Władze wielokrotnie pokazały nam, że studenci nie zasługują – w ich oczach – na podstawowe prawa członków wspólnoty. Skoro więc uczelnia nie ma interesu w dzieleniu się informacjami, a nawet uznaje nasze próby ich uzyskania za skandaliczne, pozostaje zapytać: jak uniwersytety „radzą sobie” z tą przykrością, jaką jest prawo do informacji publicznej?

Najrzadszą metodą jest po prostu brak odpowiedzi. W takim przypadku możemy ponaglić rektora, lecz ta ścieżka bywa nieskuteczna i grozi uczelni konsekwencjami prawnymi, więc stosuje się ją niechętnie. Znacznie częściej powołuje się na fikcyjny brak dostępu do informacji albo rzekomą klauzulę niejawności. Popularną odmianą tej taktyki jest uznanie, że żądana informacja ma charakter „przetworzony”, a więc dostęp do niej możliwy jest tylko po wykazaniu istotnego interesu publicznego. Ostateczną formą obstrukcji jest udzielenie odpowiedzi niepełnej lub zdawkowej – ewentualnie zasypanie wnioskodawczyni nadmiarem nieistotnych danych. Wszystkie te metody, poza pierwszą, praktycznie odbierają nam szansę na uzyskanie rzeczywiście potrzebnych informacji.

Dlaczego tak uważam? Nie dlatego, że to ukryty atak na nasze struktury czy zaangażowanie. Po prostu procedury prawa administracyjnego sprawiają, że w praktyce nie jesteśmy w stanie wykorzystać teoretycznie dostępnych narzędzi walki o informację. Nie zmienia nic fakt, że prawo stoi po naszej stronie. Nie mamy sztabu prawników, a nawet gdybyśmy mieli, brakuje nam sił, by masowo stawiać uniwersytety przed sądem administracyjnym. Diabeł – tym razem w gronostajach – ma prawników na najwyższym poziomie. W praktyce więc gdy uczelnia przekaże nam odpowiedź niepełną lub wymijającą, nasze możliwości się kończą. Czy to oznacza, że należy złożyć broń i pozwolić władzom rządzić tym, co nasze, w atmosferze rezygnacji i pokory?

Oczywiście, że nie. Nie nawołuję do zaprzestania składania wniosków. Za Gigim Roggero: szukajmy siły, nie słabości. Wzywam jedynie do porzucenia bezradnego paradygmatu obywatelskiego legalizmu – wiary, że skoro prawo do informacji nam przysługuje, to uczelnia, „zmuszona zaklęciem”, udzieli jej nam, bo tak stanowi ustawa. To myślenie jest łatwe i wygodne, bo do niego byliśmy przyzwyczajani całe życie. Czas je porzucić. Prawo podmiotowe traktujmy nie jako magiczne zaklęcie, ale jako jedną z broni, wywalczoną przez wcześniejsze pokolenia po dekadach wyszarpywania wiedzy z rąk kapitału. Świadomi jej ograniczeń, musimy wpisać ją w szerszy kontekst nacisku na organy uczelni. Jedyną drogą jest domaganie się studenckiej podmiotowości i uznania naszego głosu. Pogarda dla legalizmu nie powinna jednak oślepiać nas na posiadane możliwości. W tej perspektywie prawo do informacji nie jest bezzębną bajką dla naiwnych, lecz zadzierzgnięciem pod paznokciem rektora, który skrywa swoje brudne sekrety.

Jak zatem widzę użyteczność tego prawa? W praktyce – katalogujmy z uporem archiwisty wszystkie informacje, które uda się zdobyć. Nie tylko dla własnych potrzeb, ale też po to, by budować wspólną, międzystrukturalną proto-bazę danych. Wymieniajmy się wiedzą i ufajmy sobie nawzajem. Po drugie – składajmy wnioski o dokumenty konkretne: umowy, regulaminy, zarządzenia, które możemy następnie wykorzystać. Otrzymane odpowiedzi pomogą unaocznić to, co uważamy za skandaliczne, rozeznać się w tym, co dla nas ważne, i znaleźć punkt zaczepienia do dalszej walki: spotkań, ulotek, kolportażu prasy, protestów, pikiet, listów otwartych i innych działań. Opisanie problemu to dopiero początek.

Nie zbawi nas żadne prawo, nie uratuje żaden akademik, nie okaże łaski żaden rektor. To my, studenci, musimy wywalczyć sobie lepszy los. Kontr-używajmy narzędzi systemu, przekształcając ich funkcję, ale nie ograniczajmy się tylko do nich. Siła ruchu związkowego nie pochodzi z nadania, lecz z wnętrza ruchu, z oporu wobec klasy panującej i z mocy samoorganizacji. To zarówno możliwość, jak i odpowiedzialność: za siebie nawzajem, za pomoc swoim współzwiązkowczyniom, za nasze struktury i współpracę między nimi. To także zobowiązanie do ciągłej nauki, reewaluacji taktyk i dążenia do skuteczniejszej walki.

W tym duchu oddaję w Wasze ręce ten tekst o wykorzystywaniu prawa do informacji publicznej przez nas wszystkich. Zachęcam do krytyki mojego podejścia, zadawania pytań, polemik i odniesień.

 

Mikołaj Jędrzejewski

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja