ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

Z kim rozmawiać trzeba, a z kim rozmawiać nie wolno? 

12 II 2026

Z kim rozmawiać trzeba, a z kim rozmawiać nie wolno? 

Tytułowe pytanie jest szczególnie ważne dla nas, związkowców i związkowczyń. Patrząc szerzej – dla osób o lewicowych poglądach w ogóle. Wiele razy wśród osób o poglądach na lewo od centrum słyszy się o tym, aby nie wypowiadać się w prawicowych mediach i generalnie „nie dyskutować z faszystami”. Zastanawiam się jednak, czy to zawsze jest dobre?

Niemalże wszystkie liczące się w Polsce środki masowego przekazu są w jakimś stopniu prawicowe i nie jest im szczególnie na rękę powielanie prospołecznego przekazu. Trudno znaleźć w mainstreamowych mediach wiadomości o tym, że jakiś strajk jest godny poparcia, a protest w pełni zrozumiały i usprawiedliwiony. Słusznie zauważamy, że „wchodzenie z butami” na platformy medialne może być sposobem na szybkie rozprzestrzenianie różnych idei. Ta obserwacja stanowi zresztą podwalinę pod ideę deplatformingu – praktyki polegającej na uniemożliwianiu osobom o poglądach uznanych za nieakceptowalne lub szkodliwe publicznego wyrażania tychże – prawicowych poglądów. Jednak zauważę, że deplatforming działa tylko jeśli to my kontrolujemy platformę. Jeśli natomiast odmawiamy ww. „wchodzenia z butami” na cudze, być może nieprzychylne nam medium, dokonujemy autodeplatformingu.

Nie tędy droga. Zależy nam, osobom o szeroko pojętych poglądach lewicowych, na wprowadzeniu daleko posuniętych zmian społecznych. Jednak aby je wprowadzić, musimy najpierw zbudować szeroką bazę poparcia społecznego. Możemy, ba, musimy do tego celu wykorzystać własne, oddolnie tworzone media, choć stworzenie ich nie jest procesem ani łatwym, ani tym bardziej szybkim. Mówię to z pozycji członka związku, który od lat pracuje nad tym, aby zbudować własne środki masowego przekazu. Wydajemy związkowy biuletyn, Alarm Studencki, książki i inne publikacje, a na co dzień prowadzimy strony internetowe – m.in. ozzip.pl, mlodzi.ozzip.pl oraz kanał na YouTube i podcast. Mimo ogromu pracy wkładanego od lat w budowanie i promowanie tych mediów, z przykrością muszę przyznać, że trudno powiedzieć, aby wydawane przez nas materiały były szczególnie poczytne poza bańką informacyjną. 

Dlatego też w międzyczasie musimy instrumentalnie korzystać z już utworzonych platform, nie zważając na ich afiliację polityczną. Jeśli odmówimy występu w danym medium, tracimy bezcenną szansę na dotarcie z naszym przekazem do pokaźnej bazy odbiorców. Równocześnie kontynuujemy dawanie dalszego przyzwolenia, by nasze poglądy były marginalizowane. W końcu zamiast związkowca lub antykapitalistycznego działacza w paśmie transmisyjnym może pojawić się prawicowy demagog. Przecież interes mediów głównego nurtu leży bliżej prawicowego populisty – nie wspominając o tym, że ostatecznie, tak naprawdę nie jest dla mediów ważne, kto mówi. Ważne, żeby pieniądze z reklam się zgadzały. 

[P]o co przychodzą na demonstrację skoro nie chcą aby media to pokazywały? Przecież „nie rozmawiać z nimi” to zaprzeczanie samej idei demonstrowania! Co trzeba mieć w głowie aby tak postępować?

Tak głosi jeden z komentarzy pod filmem ze spontanicznej demonstracji sprzeciwiającej się amerykańskiej agresji na Wenezuelę na niesławnym YouTubowym kanale pyta.pl. O ile osobiście nie pałam sympatią do prowadzącego kanał, trudno się nie zgodzić z komentatorką. 

O proteście, o którym wspomniałem, nie było głośno poza warszawską lewicową bańką. Rzecz jasna, rolę grała w tym sama spontaniczność wydarzenia. Jednak trzeba spojrzeć trochę szerzej. Lewicowa perspektywa na atak na Wenezuelę, definiująca go jako przejaw imperializmu Stanów Zjednoczonych, nie jest powielana w mediach głównego nurtu. Jednocześnie, o ile kanał Jaoka to niekoniecznie mainstream, nie sposób zaprzeczyć, że jest sporą platformą. Zauważę, że w tym konkretnym odcinku pytania nie były nawet szczególnie złośliwe, a odpowiedzi tych, którzy zdecydowali się na wypowiedź, bardzo składne (co zresztą zostało przedstawione w samym nagraniu). Dlatego tak ubolewam nad tym, że do „zielonego mikrofonu” trafiały głównie odpowiedzi odmowne lub obelgi kierowane w stronę prowadzącego. Widok protestującego obrażającego człowieka uznawanego przez przeciętnego zjadacza chleba za – być może uszczypliwego – ale „obiektywnego” dziennikarza skutecznie cementuje widok lewicowców jako „agresywnych aktywiszczy”, którzy „nic mądrego nie mają do powiedzenia” i „protestują dla samego protestowania”. Nie muszę chyba mówić, że to szkodliwe dla nas wszystkich – chyba że celem ma być protest sam w sobie.

Dlaczego zatem tak niewielu protestujących skorzystało z możliwości wyrażenia swojej perspektywy, w imię której są w stanie wyjść na ulicę w środku zimy? Nie sądzę, żeby można było wskazać jeden konkretny powód. Można się czuć niepewnie przed kamerą, obawiać braku wiedzy, że jeśli źle wypadniesz, to przez najbliższe dni będziesz pośmiewiskiem internetu, lub wielu innych rzeczy. To zrozumiałe powody do obaw. Jednak szczerze wierzę, że należy wychodzić naprzeciw własnemu strachowi. Zwłaszcza jeśli stawką jest coś tak pozornie błahego, lecz realnie bardzo ważnego, jak słynne przesuwanie dyskursu medialnego w bardziej lewą stronę. Przesunięcie dyskursu nie jest czymś, co dzieje się z dnia na dzień. Nie ma też na to magicznej, uniwersalnej recepty. Jest tylko mozolna praca, wypowiedź za wypowiedzią. To po to, aby parę lat później mogło się okazać, że antykapitalistyczne, progresywne poglądy przemówiły do wielu więcej osób. To zresztą dokładnie ta taktyka, której użyła prawica do rozprzestrzenienia swoich antypracowniczych poglądów. Jak widać, w ich wypadku okazało się to bardzo skuteczne. To pozwala myśleć, że jeśli przestaniemy się bać tej taktyki, to również uda się nam poszerzyć grono słuchających. I udać się musi, jeśli chcemy skutecznie wychodzić naprzeciw ludziom, których decyzje sprawiają, że z dnia na dzień żyje nam się coraz gorzej. Nie obronimy ani kraju, ani świata przed faszyzmem, jeśli uznamy, że nigdy nie można z nimi rozmawiać. Rozmawiać trzeba – szczególnie jeśli jest to rozmowa transmitowana w mediach. Przykładem takiej rozmowy jest debata Zandberga z Bosakiem. Być może po reakcjach internautów uznać można, że wyznawcy danej opcji politycznej uznali, że „ich człowiek” tę debatę wygrał. Wtedy nie dostrzeżemy całej rzeszy nieprzekonanych lub faktu, że rozmowa była krokiem w stronę zwiększania widoczności lewicowych poglądów. Szkoda tylko, że partii Razem słabo wyszło „pójście za ciosem”, ale moja opinia o tej partii nie jest tematem tego artykułu, więc na tym skończę.

Jako związkowcy również staramy się taką postawę propagować w swoich szeregach, a wzmianka o tym, że trzeba rozmawiać z dziennikarzami, oraz liczne ćwiczenia (w tym takie nakierowane bezpośrednio na rozmawianie z mediami pokroju pyta.pl) są elementami naszych wewnętrznych szkoleń medialnych.

Jednak (niestety) nie każdy jest członkiem związku lub innej grupy zdolnej do zapewnienia mu szkoleń przygotowujących do rozmowy z przedstawicielami mediów. Stawiane jest zatem pytanie leninowskie: co robić?. Nie mam możliwość streścić tutaj dwugodzinnego szkolenia. Mogę jednak podzielić się podstawowymi poradami dotyczącymi interakcji z przedstawicielami środków masowego przekazu. Oto one: 

  • Identyfikuj czy sytuacja, w której się znalazłeś, budzi zainteresowanie mediów. Jeśli tak, wiedz co ważnego się ostatnio wydarzyło w tzw. big politics, bo to będzie miało wpływ na obszar pytań dziennikarzy,

  • KISS (Keep it Simple, stupid) – nie przesadzaj z żargonem i nomenklaturą. Przekaz będzie dzięki temu bardziej dostępny, a Ty będziesz miała mniejszą szansę na pomyłkę,

  • Jeśli pytanie jest niewygodne lub absurdalne, najlepiej sprowadzić wymianę do bardziej ogólnego problemu lub wskazać nieadekwatność pytania, wskazując na jego absurd. W ostateczności odmówić odpowiedzi. Najlepiej jednak zamienić się na chwilę w zdartą płytę – wszystko zależy od kontekstu, 

  • Personalizuj przekaz. O ile to możliwe pokazuj, jak problem wpływa na Twoje życie i otoczenie, 

  • Nie musisz być ekspertem. O ile nie zaprozono Cię do wywiadu jako „eksperta”, nie musisz udowadniać swojej ponadprzeciętnej wiedzy. Jeśli czegoś nie wiesz, to nie ma nic złego w przyznaniu się do tego,

  • Wiedz, czego nie wiesz. To pozwoli ci uniknąć „wpakowania się” w pytanie dotyczące obszaru, na którym się nie znasz lub wprowadzenia w błąd,

  • Pamiętaj – większość ludzi bez wielkiego obeznania w mediach wychodzi trochę niezręcznie na nagraniach. To normalne.

Nie spodziewam się, rzecz jasna, że te 7 punktów będzie magicznym remedium na problem niechęci do rozmawiania z dziennikarzami. Uważam je za doskonały punkt wyjścia. Prawda jest taka, że jeśli stresuje Cię kamera, nawet najlepsze szkolenie nie pozwoli wyzbyć się tego strachu tak dobrze, jak zrobi to praktyczne doświadczenie wypowiedzi w mediach. 

Z kim więc rozmawiać trzeba, a z kim rozmawiać nie wolno? Na pewno należy rozmawiać z mediami, wszystkimi, przy każdej możliwej okazji. Nie można przepuścić nawet jednej cennej minuty czasu antenowego. Jeśli te 60 sekund może stać się antykapitalistyczną propagandą, powinny się nią stać. Z kim rozmawiać nie wolno? Ha! To było podchwytliwe, bo wolno rozmawiać z każdym. Moim zdaniem szkoda tracić czas na bezowocne kłótnie – na przykład w internetowych komentarzach – albo jałowe dyskusje 1 na 1 z twardogłowym kolegą-liberałem. Dlaczego? Stosunek poświęconego czasu do zysków jest mało imponujący. Nie pozostało mi zatem nic innego jak życzyć Wam, drodzy czytelnicy, powodzenia przed kamerą oraz przychylności rozmawiającego z Wami dziennikarza.

 

Jakub Mleczko

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja