Wymagany status studenta. Jak szefowie rządzą Polską?
9 stycznia 2026
Wymagany status studenta. Zatrudnię studenta. Praca dla studenta. To tylko niektóre frazy, które podczas poszukiwania zatrudnienia jasno wskazują na to, że zostaniesz zleceniobiorcą, mimo że prawo mówi jasno: należy ci się etat. Jednak jak dobrze wiemy, szefowie nie są zwolennikami przestrzegania prawa. Dlatego część koalicji rządzącej planuje wyposażyć Państwową Inspekcję Pracy w narzędzia mające umożliwić egzekwowanie istniejących przepisów dotyczących stosunku pracy. Co z tego wyszło i jak zachowała się nasza klasa polityczna?
O mitycznym wzmocnieniu Inspekcji Pracy słyszymy ze strony rządzącej ustami Nowej Lewicy praktycznie od początku losów koalicji 15 października. Rok 2025 miał być tym, w którym Ministerstwo Pracy na czele z Agnieszką Dziemianowicz-Bąk osiągnie swoje symboliczne zwycięstwo w postaci przekonania skłóconych partii do poparcia ustawy resortu. Nie było łatwo – pierwotna wersja projektu była przez koalicjantów nie do zaakceptowania, wróciła więc do ministerstwa. Po zmiękczeniu ustawy ogłoszono sukces – jest zielone światło, inspektorzy pracy będą decydowali o przekształcaniu nielegalnych śmieciówek w etaty! To znaczy, chyba. Trudno właściwe powiedzieć, czego dotyczył sukces – skala sprzecznych informacji w mediach, wypowiedziach członków partii oraz przeciwników zmiany prawa nie pomagała odnaleźć się w tym chaosie. Przez cały grudzień dochodziły nas słuchy o zmianach w ustawie, ale też jej akceptacji przez rząd. Media rozpisywały się na temat nowych uprawnień inspektorów pracy, internauci posiadali więcej opinii, niż istniało wątków w tej sprawie – tymczasem w Rządowym Centrum Legislacji nieustannie widniała ta sama wersja projektu ustawy z 5 grudnia 2025 r.
Hamulec ręczny zaciągnął 2 stycznia br. nie kto inny jak premier Donald Tusk. Nie jest to szokujący ruch ze strony polityka, za którego rządów ludzie zarabiali po 3 złote na godzinę, bez żadnej umowy. Jakim trybem? A kogo to obchodzi – najważniejsze, że polskiemu przedsiębiorcy włos z głowy nie spadnie. Sytuacja jest o tyle tragikomiczna, że to ten rząd wpisał tę reformę jako kamień milowy Krajowego Programu Odbudowy.
Możliwość zmiany formy zatrudnienia przez urzędnika bez pytania o zdanie pracodawcy, zatrudnionego i bez wyroku sądu to zły pomysł. Naszym zadaniem jest uwolnienie gospodarki i obywateli od nadmiernych regulacji i biurokracji. Znajdziemy lepsze sposoby ochrony pracowników.
...oznajmił 8 stycznia Donald Tusk na swoim profilu na Facebooku. Złym pomysłem według przewodniczącego Platformy Obywatelskiej jest pilnowanie, by przestrzegano prawa. Nie jestem legalistką, ale taka wypowiedź z ust premiera jest co najmniej zastanawiająca. Następnego dnia Kancelaria Premiera podała do wiadomości informację, że projekt jednak trafi na ścieżkę rządową. Kiedy? Po otrzymaniu przez ministrę pracy nowych (kolejnych) wytycznych. Tym razem nad projektem pracować ma wspólnie z Waldemarem Żurkiem, ministrem sprawiedliwości. Tego samego popołudnia na posiedzeniu sejmu Donald Tusk zapewniał:
Znajdziemy sposób, żeby szybko wypracować dobry projekt reformy Państwowej Inspekcji Pracy. Nie będzie on dawał pełnej, samowolnej władzy urzędnikowi, ale jednocześnie będzie chronił pracowników przed nadużywaniem elastycznych form zatrudnienia.
Strach pomyśleć, jaki kompromis zaoferuje nam rząd. Ile jeszcze potrwa ten ping-pong?
Korupcja, czy polityka?
Wspólnie z 9 najważniejszymi organizacjami skupiającymi pracodawców sprzeciwiamy się stanowczo szkodliwym rozwiązaniom, które planowane są w Państwowej Inspekcji Pracy. Są to rozwiązania godzące i osłabiające filar polskiej gospodarki i rozwoju
...grzmiał na konferencji prasowej Marek Sawicki z Polskiego Stronnictwa Ludowego – człowiek, który od 1993 roku zasiada w sejmie.
Nie sposób wierzyć w opowieści polityków o polskiej potędze, gdy granice owej potęgi wyznacza zgoda ludzi pokroju Rafała Brzoski. Z zadowoleniem przyjęłam informację, że Marcelina Zawisza zawnioskowała 9 stycznia o udostępnienie informacji na temat gości premiera (przedsiębiorców, doradców biznesowych, lobbystów), ilości spotkań, ich tematów oraz rejestru wejść i wyjść z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Wszystkie dane mają dotyczyć kluczowego okresu grudzień-styczeń. Absurdem jest, że demokracja w wydaniu III Rzeczpospolitej oznacza w praktyce rządy biznesmenów, których nazwisk nawet nie znamy. Gdyby ten scenariusz przedstawić jako białoruski, katarski, czy wenezuelski, wznosiłyby się okrzyki o dyktaturze i korupcji. No, ale tutaj przynajmniej orzeł ma koronę na głowie.
Od kiedy informacja o wściekłym Tusku przedostała się do opinii publicznej, rzecznik prasowy Nowej Lewicy, Łukasz Michnik, publikuje w mediach społecznościowych krótkie klipy w TikTokowym formacie, w których przekonuje, że walka ze śmieciówkami to słuszna sprawa. Do kogo skierowany jest ten przekaz? Ponad połowa Polek i Polaków popiera wzmocnienie PIPu. Z kolei profile Nowe Lewicy rozpoczęły zintensyfikowany posting pod hasłem Stop śmieciówkom. Przeciętny odbiorca może zacząć mylić rząd z opozycją. Wisienką na torcie jest jednak zapowiadane przez rzecznika spotkanie przewodniczącego Nowej Lewicy, Włodzimierza Czarzastego, z premierem. Sama wizja marszałka sejmu biegnącego do premiera po kolejnym środkowym palcu pokazanym w stronę swojego czerwono-purpurowego sojusznika jest wystarczająco przykrym widokiem, ale nie na tym stanęło. Otóż do spotkania w ogóle nie doszło. Dlaczego? Premier Tusk nie miał czasu. Rytuał upokorzeń nie ustaje. Pomijając wszelkie spory o sprawczość czy też o jej brak – trudno uwierzyć, że tak wygląda modelowa współpraca koalicji. Jestem natomiast świadoma, że politycy i polityczki Nowej Lewicy z każdego finalnego rozrachunku zrobią dowód na to, że tworzenie rządu ma sens.
Kto chce zleceń?
Równocześnie neoliberalni komentatorzy przekonują o licznych zaletach umów cywilnoprawnych. Nie brakuje powoływania się na indywidualne doświadczenia pokroju A ja wolę moje B2B, Mnie zlecenie odpowiada. Mit elastycznej i fajnej śmieciówki wyciągany jest z szafy za każdym razem, gdy pojawia się, choć cień szansy na rozpoczęcie porządku z wolną amerykanką przedsiębiorców. Jak wygląda rzeczywistość? Jak biłyśmy na alarm w Alarmie o wymownym podtytule Studencki wyzysk:
Umowę o pracę jako preferowaną formę zatrudnienia wskazuje 55% osób poniżej 20. roku życia i 84% respondentów powyżej 25 lat. W temacie śmieciówek i ich rzekomych zalet warto przytoczyć raport Poverty Watch 2024: ubóstwo wśród osób zatrudnionych w niestandardowych warunkach wynosi zastraszające 27,8% wszystkich zatrudnionych na śmieciówkach.
Zresztą, załóżmy, że jest inaczej i umowy cywilnoprawne są powszechnie akceptowane. Czy aprobata bezkarnego łamania przepisów przez szefów sprawia, że przestaje być ono nadużyciem, a państwo powinno grzecznie przeprosić przedsiębiorców? Po paru dekadach intensywnej neoliberalnej propagandy nie zdziwiłoby mnie, gdyby społeczeństwo uznało, że należy spalić kodeks pracy.
Co dalej?
Nie dajmy sobie wmówić, że jak pan Donald pogroził palcem, to trzeba się zatrzymać, zwolnić, czy zmniejszyć oczekiwania. To zostawmy politykom. W nadchodzących dniach na pewno sporo usłyszymy o przyszłości reformy Państwowej Inspekcji Pracy – ale czujne śledzenie informacji jest niewystarczające.
Kilka dni temu, 7 stycznia wystosowaliśmy wraz z innymi związkami zawodowymi wspólny apel do posłów i ministrów. Odzew, z jakim się spotkał, wskazuje na to, że Polki i Polacy są coraz mniej uśmiechnięci. Co istotne, ogromna ilość pracownic i pracowników nie jest w stanie zrzeszyć się w klasycznym modelu związkowym właśnie z uwagi na swoje prekarne warunki zatrudnienia. Jeśli nie chcemy, by związki organizowała nam arystokracja pracy, musimy oderwać je od pojedynczych zakładów pracy i przetransformować w branżowe federacje. Tylko w ten sposób odpowiemy na defragmentację rynku pracy. Pewne w tym rozgardiaszu jest jedno: im bardziej zorganizowani i silniejsi będziemy, tym słabsza będzie antypracownicza klasa polityczna.
Gabriela Wilczyńska
Śmieciówki
Praca
