Szklany sufit i betonowe serca. Kto naprawdę „daje radę” w akademii?
13 III 2026 13 marca 2026
Tekst jest częścią specjalnego wydania Alarmu Studenckiego z okazji Miesiąca Historii Kobiet Pracujących. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
Akademia lubi opowiadać o swojej „historii postępowości”. Coraz więcej kobiet na wyższych stanowiskach (albo na stanowiskach w ogóle), coraz więcej deklaracji równościowych, coraz więcej języka inkluzywnego pojawiającego się w strategicznych dokumentach. A jednak – wiele studentek i doktorantek nadal doświadcza czegoś zgoła innego: systemowego wykluczenia, chłodu, podważania kompetencji i ciągłego egzaminu z odpowiedniego sposobu bycia, który kierowany jest w stronę kobiet zarówno przez mężczyzn, jak i inne kobiety, które same ten system przetrwały i zrobiły w nim karierę. To temat niewygodny. Łatwo go spłycić do konfliktów między kobietami, łatwo oskarżyć autorki takich obserwacji o brak solidarności albo personalne żale. Tymczasem nie chodzi o jednostkowe charaktery ani złe kobiety. Chodzi o mechanizm władzy, który w patriarchalnej akademii produkuje określony typ liderek i nagradza je właśnie za to, że potrafią być takie jak mężczyźni, którzy wcześniej tę władzę sprawowali.
Akademia jako test wytrzymałości
Akademia, szczególnie w naukach ścisłych, od dawna funkcjonuje nie jako przestrzeń przeznaczona na rozwój, lecz jako test wytrzymałości psychicznej i fizycznej. Nie chodzi w nim wyłącznie o wiedzę, umiejętności czy kreatywność badawczą. Chodzi o zdolność do znoszenia przeciążenia, chaosu organizacyjnego, braku wsparcia i permanentnej niepewności. To środowisko, w którym im bardziej dana praktyka dla bezstronniczego widza prawdopodobnie byłaby co najmniej niepokojąca, tym częściej uznawana jest za normalną. Praca po godzinach nie jest tu sygnałem złej organizacji, lecz dowodem zaangażowania. Brak granic między życiem prywatnym a zawodowym nie stanowi patologii, a świadczy o pasji. Zmęczenie, lęk i wypalenie zostają zredukowane do indywidualnej słabości, a nie systemowego problemu. W ten sposób akademia produkuje mit: kto nie wytrzymuje, ten się nie nadaje. Ten mit szczególnie brutalny jest wobec kobiet.
Od studentek i doktorantek oczekuje się nie tylko wysokiej wydajności, ale też emocjonalnej samokontroli. Mają być jednocześnie ambitne i skromne, dyspozycyjne i niewidoczne, odporne i wdzięczne. Każdy przejaw zmęczenia, zagubienia czy potrzeby wsparcia może zostać użyty przeciwko nim jako dowód braku predyspozycji do nauki. To nie przypadek, lecz efekt kultury, w której odporność emocjonalna zostaje błędnie utożsamiona z wartością naukową. Co istotne, test wytrzymałości nigdy nie jest jasno zdefiniowany. Zasady zmieniają się w trakcie gry. Studentka nie wie, kiedy robi wystarczająco dużo, kiedy może pozwolić sobie na przerwę, a kiedy wolno jej zadać pytanie. Brak jasnych instrukcji i struktur wsparcia nie jest tu niedopatrzeniem, lecz narzędziem selekcji. Zostają tylko te, które przetrwają ten chaos. Reszta odpada po cichu, często z poczuciem powrotu na tarczy.
W tym kontekście szczególnie niebezpieczna staje się narracja: tak już jest albo każdy przez to przechodzi. Normalizowanie przemocy strukturalnej sprawia, że system nie musi się zmieniać, bo ewentualne wliczone straty zostają przerzucone na jednostki. To nie instytucja zawodzi – to tylko kolejna słaba studentka, która nie dała rady. Kobiety, które dziś zajmują wysokie pozycje w akademii zostały przeżute przez ten sam mechanizm. Być może jeszcze bardziej brutalny. Być może bez żadnych narzędzi ochronnych. I właśnie dlatego ten test wytrzymałości bywa przez nie traktowany jako rytuał inicjacyjny: skoro one go przeszły, musi mieć jakiś sens. Skoro je ukształtował, znaczy to, że działa.
Takie myślenie ignoruje fundamentalną prawdę: przemoc nie jest naturalnym narzędziem selekcji. Nie wybiera najlepszych badaczek. Wybiera te, które są w stanie najdłużej funkcjonować w warunkach przeciążenia, niepewności i braku opieki. Często kosztem zdrowia psychicznego, relacji, a czasem całego życia poza laboratorium. Akademia jako test wytrzymałości nie premiuje odwagi intelektualnej ani kreatywności. Premiuję zdolność do adaptacji do patologii. A gdy kobiety, które zdały ten test, zaczynają go wymagać od kolejnych pokoleń studentek, przemoc staje się żelazną zasadą. W ten sposób akademia produkuje paradoks: im więcej kobiet odnosi sukces, tym trudniej zakwestionować system, który ten sukces uczynił możliwym tylko poprzez cierpienie. Każda próba jego krytyki może zostać przeinaczona w brak odporności, nadwrażliwość – albo najczęściej – nie szacunku dla realiów nauki.
Ja też przez to przechodziłam
Akademia jako test wytrzymałości nie byłaby tak skuteczna, gdyby nie miała swoich bohaterek. Kobiety, która dała radę, czyli przetrwała chaos, lekceważenie, brak wsparcia, seksizm i samotność. Kobiety, która nie odpadła i została. To ona staje się niepodważalnym dowodem na to, że system działa i że nie jest on wcale opresyjny, lecz wymagający i stawiający wyzwania. Jej biografia pełni funkcję alibi dla instytucji. Ja też przez to przechodziłam zdaje się brzmieć jak gest empatii. W praktyce bywa jednak narzędziem normalizacji przemocy. Nie otwiera rozmowy o zmianie warunków, zamyka ją. Skoro ktoś przeszedł przez ten sam test i wyszedł z niego zwycięsko, to znaczy, że cierpienie było nie tylko nieuniknione, a wręcz konieczne. Zostaje przepisane na cnotę: hart ducha, odporność, determinację. Każda próba zakwestionowania systemu zostaje wówczas zinterpretowana jako brak odpowiedniego charakteru, a nie racjonalna krytyka.
Figura kobiety, która dała radę jest szczególnie silna w naukach ścisłych. To tam najłatwiej pomylić kompetencje intelektualne z odpornością na przeciążenie. To tam brak granic bywa przedstawiany jako dowód pasji, a wypalenie jako koszt ambitnych celów. Kobieta, która przetrwała te warunki, często była zmuszona dostosować się do stereotypowo męskiej formy funkcjonowania: zrezygnować z komunikowania i werbalizowania emocji, nauczyć się ostrego języka, zdystansować się od innych kobiet, na tyle, aby nie być z nimi utożsamiana. Ten proces nie jest neutralny. Żeby dać radę, trzeba było uznać przemoc za normę i w pewnym sensie się z nią sprzymierzyć. W efekcie sukces bywa okraszony nie tylko zmęczeniem czy stratami osobistymi, ale także wewnętrznym zerwaniem solidarności. Młodsze kobiety zaczynają przypominać nie potencjalne sojuszniczki, lecz dawne ja – to słabsze, zagubione, które trzeba było w sobie zdusić, żeby przetrwać. A skoro wtedy nikt mi nie pomógł, pomoc dziś jawi się jako nieuzasadniony przywilej.
W tym miejscu zinternalizowana mizoginia splata się z logiką instytucji. Kobieta u władzy nie musi być jawnie wroga wobec studentek. Wystarczy, że będzie wymagać od nich dokładnie tego, samego czego wymagano od niej – bez uwzględnienia zmiany kontekstu, bez refleksji nad kosztami, bez zgody na to, że ktoś może chcieć inaczej. Test wytrzymałości zostaje wówczas przedstawiony jako obiektywny i sprawiedliwy, choć w rzeczywistości selekcjonuje umysły nie najlepsze, a te stworzone do adaptacji do patologii. Ja też przez to przechodziłam staje się więc nie tyle wyrazem solidarności, ile mechanizmem obronnym. Chroni przed koniecznością zadania trudnego pytania: czy mój sukces był możliwy tylko dlatego, że nauczyłam się funkcjonować w przemocowym systemie? I co by to znaczyło, gdybym przyznała, że ten system nie powinien dalej istnieć w tej formie?
Dopóki uniwersytet będzie opierać swoją legitymizację na indywidualnych historiach kobiet którym się udało, dopóty każda próba zmiany będzie przedstawiana jako zagrożenie dla porządku, a młode kobiety będą musiały wybierać: dać radę kosztem siebie, albo odejść w ciszy – z poczuciem, że to one zawiodły.
Kontrola zamiast mentoringu
Jednym z najbardziej nadużywanych pojęć w akademii jest mentoring. W teorii oznacza proces przekazywania wiedzy, odpowiedzialności i sprawczości – relację, w której osoba bardziej doświadczona aktywnie wspiera rozwój tej dopiero rozpoczynającej swoją karierę naukową. W praktyce mamy do czynienia raczej z karykaturą mentoringu, przejawiającą się: systemem kontroli, zawstydzania i permanentnie niejasnymi oczekiwaniami. Studentka funkcjonuje w przestrzeni pełnej sprzecznych sygnałów. Ma być samodzielna, ale nie za bardzo. Ma wykazywać inicjatywę, ale tylko wtedy, gdy ktoś ją uzna za właściwą. Ma wiedzieć, kiedy przyjść do laboratorium, co i w jaki sposób, mimo że nikt nie poinformował jej wprost o procedurach ani ramach dyspozycyjnych. Gdy pyta, słyszy, że to podstawy i powinna to wiedzieć. Gdy nie pyta, zarzuca się jej brak zaangażowania. Każdy ruch może zostać uznany za błąd.
Ten chaos nie jest efektem złej organizacji ani braku czasu. Jest narzędziem władzy. Niejawność zasad pozwala utrzymać pełną kontrolę nad osobami znajdującymi się na dole hierarchii. Skoro nie istnieją jasno określone oczekiwania, zawsze można uznać, że studentka nie spełnia standardów. Odpowiedzialność zostaje przerzucona na jednostkę, która nie ma ani realnej władzy, ani dostępu do informacji. W takim układzie mentoring zostaje zastąpiony ciągłą oceną bez kryteriów. Wiedza nie jest przekazywana w sposób systematyczny, lecz dozowana arbitralnie.
Zamiast nauki przez praktykę doświadcza się nauki przez strach: strach przed zadaniem pytania, przed popełnieniem błędu, przed oceną. Ten model dotyka w szczególności kobiet, ponieważ są one od najmłodszych lat warunkowane do przyjmowania odpowiedzialności za cudze relacje i emocje. Gdy coś idzie nie tak, znacznie szybciej zakładają, że to ich wina. Zamiast pytać, czy system jest źle skonstruowany, zaczynają pytać siebie: czy ja czegoś nie przeoczyłam?, czy nie powinnam była się domyślić, czy nie jestem zbyt wymagająca? W ten sposób kontrola zewnętrzna zostaje przekształcona w samokontrolę, a przemoc w auto oskarżenie. Kluczowym elementem tego mechanizmu jest gaslighting: studentka otrzymuje sprzeczne komunikaty, a następnie słyszy, że problemem jest jej nadwrażliwość i brak zrozumienia realiów pracy naukowej. To skutecznie podważa jej zaufanie do własnych obserwacji. Zamiast widzieć systemowy problem, zaczyna wątpić w siebie. To jedna z najskuteczniejszych form dyscypliny, bo nie wymaga ciągłej interwencji przełożonych. Jednostka zaczyna pilnować się sama.
Kontrola zamiast mentoringu pełni jeszcze jedną funkcję: uniemożliwia budowanie solidarności. Chaos i niejasność sprzyjają rywalizacji, izolują studentki od siebie, każą im myśleć w kategoriach indywidualnego przetrwania. Skoro każda radzi sobie inaczej to nie istnieje wspólny punkt odniesienia, nie istnieje język do opisu nadużyć. Każda historia zostaje zamknięta w formule osobistej porażki. W ten sposób akademia produkuje środowisko, w którym brak wsparcia nie jest anomalią, a normą. Mentoring przestaje być narzędziem rozwoju, a staje się rytuałem podporządkowania. Ci, którzy go przejdą, uczą się nie tylko technik badawczych, ale także tego, że władza nie musi być transparentna, a przemoc nazwana. Bardzo często, gdy sami znajdą się wyżej w hierarchii, ten model po prostu reprodukują. Skoro chaos był warunkiem ich awansu, to porządek dla innych jawi się jako zagrożenie.
Solidarność albo nic
Jeśli akademia ma być czymś więcej niż selekcją najbardziej odpornych na przemoc jednostek, musi porzucić mit, że tak po prostu jest. Ten mit nie opisuje rzeczywistości, ale ją usprawiedliwia. Pozwala instytucjom unikać odpowiedzialności, a osobom u władzy zachować komfort przekonania, że brutalne warunki są nieuniknione. W rzeczywistości nie ma nic naturalnego w systemie, który regularnie produkuje lęk, wypalenie i poczucie bezwartościowości u osób, które mają zajmować się tworzeniem wiedzy i rozwojem nauki. Akademia musi przestać wymagać od kobiet, by płaciły za sukces autodestrukcją. Nie jest to koszt ambicji, lecz polityczna decyzja o tym, kogo uznajemy za godnego uczestnictwa w produkcji wiedzy. Model oparty na wyczerpaniu premiuje tych, którzy mogą pozwolić sobie na podporządkowanie całego życia pracy: osoby bez obowiązków opiekuńczych, z zapleczem finansowym, z ciałami i nerwami zdolnymi do długotrwałego funkcjonowania w stresie. Reszta ma nie dać rady i to właśnie na tym polega selekcja.
Solidarność w tym kontekście nie jest dodatkiem ani miękką wartością. Jest warunkiem etycznej legitymizacji nauki. Bez niej uniwersytet traci prawo do opowiadania o sobie jako przestrzeni postępu. Nie można jednocześnie produkować wiedzy o świecie i ignorować przemocy we własnych strukturach. Nie można mówić o krytycznym myśleniu, jednocześnie wymagając milczenia wobec nadużyć. Solidarność oznacza coś znacznie bardziej radykalnego niż uprzejmość czy indywidualną życzliwość. Oznacza odmowę przekazywania przemocy dalej. Oznacza uznanie, że jeżeli czyjś sukces był możliwy tylko dzięki niesprawiedliwym warunkom, to te warunki nie zasługują na obronę. Nawet jeśli ich podważenie oznacza utratę części przywilejów.
Bez solidarności akademia nie jest wspólnotą poznania, lecz areną przetrwania, w której jednostki rywalizują o ograniczone zasoby, a przemoc jest normalizowana jako metoda selekcji. Liczy się nie to, co badamy i dlaczego, a to, kto jest w stanie najdłużej wytrzymać presję. Dlatego alternatywa jest prosta, choć politycznie niewygodna. Albo uniwersytet uzna solidarność za fundament swojego istnienia – realny, materialny, wpisany w praktyki mentoringu, oceniania i pracy zespołowej – albo będzie dalej tracić kolejne pokolenia kobiet, osób z mniejszym kapitałem społecznym, tych, które nie chcą ani nie mogą dawać rady kosztem swojego zdrowia psychicznego i fizycznego. Nie ma trzeciej drogi. Nie ma neutralności. Każde milczenie jest zgodą, a każde tak już jest – wyborem strony. Solidarność albo nic.
Maya Śliwa
ilustracja: Zofia Nocna
