Od marzeń do wyzysku: studentki jako darmowa siła robocza w akademii
17 grudnia 2025
Tekst jest częścią siódmego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
Każda studentka ścisłego kierunku pamięta swoje pierwsze wejście do laboratorium. Zapach środków dezynfekcyjnych miesza się tu z lekko stęchłym powietrzem i czymś, co pachnie jak obietnica odkryć. Blaty lśnią równo ustawionym sprzętem: mikroskopy błyszczą w świetle, probówki stoją w szeregu jak żołnierze, pipety czekają w stojakach gotowe do użycia. Prowadzący stoi z kamienną twarzą, wyjaśnia zasady BHP, następnie podaje instrukcję doświadczenia, która w Twoich oczach wygląda jak nierozwiązywalna zagadka. Ręce drżą z ciekawości, oczy biegają po stole, serce bije szybciej — zaczyna się przygoda, choć jeszcze nie wiesz, ile będzie wymagała cierpliwości, precyzji i wytrwałości.
Ta scena to dopiero początek odkrywania, jak naprawdę wygląda praca w laboratorium z perspektywy studentki. Entuzjazm szybko zderza się z rzeczywistością. Nadchodzi moment, gdy trafiamy do prawdziwego zespołu badawczego — „zatrudnione” w projekcie promotora lub doktoranta. Tam powoli, lecz dobitnie dowiadujemy się, że nasza praca liczy się przede wszystkim jako darmowa siła wykonawcza, a dokładne odtworzenie procedur jest ważniejsze niż własne pomysły czy zrozumienie eksperymentu. Zderzenie z tymi zasadami jest pierwszym bolesnym doświadczeniem studentki dowiadującej się, że akademia ceni przede wszystkim dwie rzeczy: posłuszeństwo i wykonywanie poleceń.
W laboratoriach jesteśmy po to, by pracować — najczęściej bez żadnego wynagrodzenia lub chociażby symbolicznego docenienia w postaci dopisania autorstwa. Pipetowanie, przygotowywanie próbek, wypełnianie tabel, sprzątanie po eksperymencie — to codzienność, która w oficjalnych zapisach często nie istnieje. Doświadczamy w ten sposób niewidzialności — nasz czas, energia i kreatywność są potrzebne, ale nasze nazwiska i wkład w naukę często pozostają całkowicie niezauważone. Wkład intelektualny młodych badaczek bywa traktowany jak „bonus” lub przypadkowy dodatek, zamiast być uznanym elementem procesu naukowego. Deklaracje o „partnerskiej współpracy” czy „rozwijaniu kompetencji” zderzają się z rzeczywistością: studentki pełnią rolę tanich (a nawet darmowych) techniczek, zastępujących etatowe pracownice, na których zatrudnienie laboratorium nie stać.
Szybko uczymy się, że niezależnie od jakości naszej pracy, jej formalne uznanie zależy od arbitralnej decyzji osoby stojącej wyżej w hierarchii. Kto zostanie dopisany do publikacji? Czyja praca w ogóle zostanie zauważona? W wielu przypadkach dorobek studentek zostaje wchłonięty: nazwiska nie trafiają do artykułów, pomysły włączane są do cudzych raportów, a wyniki wykorzystywane w grantach — bez żadnej informacji o faktycznej autorce. Akademia uczy w ten sposób brutalnej lekcji: nie liczy się to, co zrobiłaś, lecz kto ma władzę, by podpisać się pod twoją pracą.
Ten mechanizm szczególnie mocno uderza w młode kobiety, które muszą udowadniać swoją wartość podwójnie: najpierw starając się o możliwość wykonywania pracy laboratoryjnej, a potem walcząc o jej uznanie. W strukturach, gdzie autorytet i „własność” badań przypisane są niemal wyłącznie profesorom (częściej mężczyznom), niewidzialność kobiet — studentek, doktorantek, młodych badaczek, staje się niemal normą. Nasze pomysły są przechwytywane, a osiągnięcia minimalizowane lub przypisywane „opiekunowi naukowemu”. To nie tylko kontynuacja długiej tradycji wymazywania kobiet z historii nauki, ale także sygnał dla nowych pokoleń: twoja praca może być potrzebna, ale twoje nazwisko już niekoniecznie.
Takie praktyki nie są wyjątkiem, lecz częścią kultury akademickiej, w której hierarchia i władza kształtują codzienność nauki i pracy. Studentka czy doktorantka, pozbawiona formalnych narzędzi obrony, zazwyczaj nie ma odwagi się sprzeciwić. Sprzeciw oznacza ryzyko konfliktu, zablokowanie obrony, a nawet zniszczenie sobie przyszłości zawodowej. W rezultacie milczenie staje się normą, a mechanizmy nadużyć powielają się i utrwalają, podtrzymywane przez przekonanie, że „tak było zawsze” i „każdy musi przez to przejść”. W tym systemie każdy staje się łatwy do wymazania — i niemal nikt nie ma odwagi sprzeciwić się władzy.
Skutkuje to frustracją i poczuciem bezsilności wśród studentek, które zamiast rozwijać pasję do nauki, uczą się, że ich praca może zostać pominięta i zredukowana do roli „taniej siły roboczej”. W takich warunkach dowiadujemy się już od pierwszego dnia, że nasze miejsce w nauce jest warunkowe. Że nawet jeśli zrobimy coś dobrze, nawet jeśli wniesiemy coś wartościowego, może to zniknąć z oficjalnego zapisu i zostać podpisane cudzym nazwiskiem, a nikt poza nami nie będzie tego pamiętał. Wiele z nas traci wiarę w sens pozostania w akademii, co prowadzi do wypalenia i odejścia z nauki. Jednocześnie sama akademia ponosi tu ogromne straty — rezygnuje z energii, świeżości i kreatywności młodych badaczek, utrwalając system hierarchii i posłuszeństwa, zamiast wspierać innowacyjność i niezależne myślenie.
Jeżeli chcemy zmiany, nie możemy dłużej milczeć. Historie o traktowaniu studentek jak darmowe ręce do pracy, muszą wyjść poza korytarze i szeptane rozmowy w bufecie. Trzeba je nagłaśniać — wprost, publicznie, po imieniu. Mówmy młodszym koleżankom i kolegom, gdzie warto iść, a kogo omijać szerokim łukiem. Nie po to, żeby „robić czarny PR”, ale po to, żebyśmy wiedziały, w co się pakujemy, zanim oddamy komuś swój czas, energię i pomysły. Ten obieg informacji to nasza pierwsza linia obrony.
Nie łudźmy się, że problem rozwiąże się sam. Bez presji i wspólnego działania będzie trwał w najlepsze. Dlatego organizujmy się. Twórzmy sieci wsparcia dla studentek, które chcą się rozwijać, ale nie chcą być wykorzystywane. Wymieniajmy się doświadczeniami, reagujmy na nadużycia, uczmy się swoich praw. W tej grze każda z nas w pojedynkę jest łatwa do zignorowania. Ale kiedy zaczynamy mówić jednym głosem, okazuje się, że nawet tytuły naukowe i prestiżowe granty nie dają nietykalności i bezkarności. Jesteśmy częścią nauki i mamy prawo, żeby nasz wkład był widoczny, szanowany i uczciwie wynagradzany.
Maya Śliwa
