ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

Mieć ciastko i zjeść ciastko. O kobiecej niechęci do brania odpowiedzialności

14 IV 2026

Mieć ciastko i zjeść ciastko. O kobiecej niechęci do brania odpowiedzialności

Tekst jest częścią specjalnego wydania Alarmu Studenckiego z okazji Miesiąca Historii Kobiet Pracujących. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.

Dysproporcje płciowe w organizacjach politycznych nie są żadną tajemnicą. Niczym nowym jest sprawdzanie parytetu i kąśliwe uwagi w stronę grup, które nie są w stanie wypchnąć do przodu chociaż jednej onieśmielonej kobiety, a zamiast tego na manifestacjach mikrofon podają stałemu wodzirejowi.

Pisząc Studentki, pracownice, lokatorki, związkowczynie. Kobiety w ruchu socjalnym zwracałam najwięcej uwagi na reprodukcję postaw, które umiejętnie odsuwają od działalności politycznej kobiety – szczególnie te młodsze. Tekst spotkał się z dość sporym zainteresowaniem. Przetłumaczono go na 4 języki, zorganizowano wokół niego parę spotkań w Polsce i poza nią, a nawet wywołał reakcję reprezentantów opisywanego w artykule nurtu Każdy może się wypowiedzieć. Nadal jestem zdania, że była na taki tekst potrzeba. Jednak obserwując reakcje osób, z którymi słowa autorek rezonowały, rosła we mnie frustracja.

W wypowiedziach czytelniczek słyszalna była bierność. Skala komfortu, jaki odczuwają członkinie organizacji, pozwalająca im osiąść na laurach i aktywować się tylko w celu uraczenia otoczenia wątpliwie błyskotliwym komentarzem o facecikach, budzi niepokój. Tymczasem kobiety potrzebują pozytywnego programu. W przeciwnym przypadku ich obecność będzie ograniczona do okazjonalnego dzielenia się traumatycznymi doświadczeniami, podczas gdy ich koledzy układają polityczne strategie.

Praca oraz jej brak

Liberalny feminizm każe nam patrzeć na kobiety niemal jak na dzieci – wątłe istoty, którym należy zapewnić bezpieczeństwo, komfort i emocjonalne wsparcie, ale od których nie można oczekiwać realnej sprawczości. W takiej wizji kobieta jest przede wszystkim kimś, komu coś się przydarza: doświadcza przemocy, marginalizacji, niesprawiedliwości. Rzadziej mówi się o niej jako o kimś, kto bierze na siebie odpowiedzialność za wspólną sprawę, kto inicjuje działania, kto podejmuje ryzyko polityczne.

W praktyce oznacza to bardzo konkretny podział pracy. Kobiety chętnie zgłaszają się do zadań organizacyjnych i opiekuńczych: przygotowania grafiki, prowadzenia mediów społecznościowych, robienia zdjęć, dbania o atmosferę w grupie. Są to działania potrzebne, ale rzadko decydujące o kierunku politycznym organizacji. Znacznie rzadziej kobiety biorą na siebie zadania wymagające publicznej ekspozycji i odpowiedzialności za linię polityczną: pisanie tekstów programowych, inicjowanie debat, zabieranie głosu na spotkaniach, proponowanie strategii działania.

Problem nie polega wyłącznie na tym, do czego się zgłaszamy, ale również na tym, czego nie robimy. Kobiety często milczą – i robią to nawet wtedy, gdy warunki są im sprzyjające, a przestrzeń należy do tych uznawanych za „bezpieczne”. Spotkania mijają, decyzje zapadają, a głos zabierają wciąż te same osoby. Czasem wynika to z braku pewności siebie, czasem z przyzwyczajenia, czasem z wygody. Jednak to nie ma znaczenia, bo polityka nie znosi próżni: jeśli nie zajmiesz miejsca przy stole, ktoś inny zrobi to za ciebie. Jeśli nawet w sprzyjających okolicznościach nie jesteśmy w stanie zabierać głosu, to jak zamierzamy sprzeciwić się brutalnej i wrogiej nam władzy? Skoro brakuje nam odwagi wśród „swoich”, to skąd mamy zamiar ją wytrzasnąć w towarzystwie szefostwa?

Wchodzenie w buty stereotypu

Innym problemem jest sposób, w jaki traktujemy się nawzajem. Zamiast wzmacniać się i budować solidarność, często bierzemy udział w drobnych rywalizacjach i wzajemnym podważaniu. Ten mechanizm szczególnie łatwo uruchamia się w momentach, gdy władza – choćby w minimalnym stopniu – zaczyna sprzyjać którejś z kobiet. Wtedy zamiast kwestionować samą strukturę władzy, często zaczynamy ją odtwarzać. Wystarczy drobna przewaga: bliższa relacja z liderem, większa widoczność w organizacji, symboliczne uznanie. W takich sytuacjach niektóre kobiety bardzo szybko uczą się zasad gry, które dotąd krytykowały. Zamiast je rozbrajać, zaczynają z nich korzystać.

Szczególnie wyraźna jest w tym kontekście gotowość do oddawania symbolicznego pierwszeństwa mężczyznom. W wielu organizacjach można obserwować niemal rytualne potwierdzanie ich autorytetu: ich opinie traktuje się jako bardziej poważne, ich interpretacje jako bardziej wiążące, ich obecność jako bardziej naturalną w roli liderów. Kobiety, które mogłyby tę hierarchię zakwestionować, same ją wzmacniają – zabiegając o ich aprobatę, broniąc ich pozycji lub ustawiając się w roli lojalnych sojuszniczek.

Czasem w nadziei na przejęcie choćby części uznania, którym obdarza się działaczy, częściej jednak dla bezpieczeństwa – bo pozostawanie w łaskach tych, którzy rozdają karty, zwyczajnie się opłaca.

Jednocześnie wobec innych kobiet potrafimy być znacznie surowsze. Błędy, które u mężczyzn przechodzą niemal niezauważone, u kobiet stają się pretekstem do długotrwałej nieufności. Zamiast traktować się jako polityczne partnerki, które wspólnie uczą się działania, łatwo wpadamy w cykl testowania, oceniania i symbolicznego „sprawdzania”, która zasługuje na miejsce w grupie. W rezultacie rozwijamy środowisko, w którym solidarność pozostaje deklaracją, a praktyką staje się wzajemna podejrzliwość. To szczególnie paradoksalne w ruchach, które budują swoją tożsamość wokół krytyki hierarchii i dominacji. Mechanizmy władzy, które teoretycznie chcemy rozbrajać, zaczynają działać między nami w pomniejszonej skali: w gestach lojalności wobec silniejszych, w rywalizacji o uznanie, w drobnych aktach przemocy symbolicznej.

Dlatego tak często widzimy kobiety tam, gdzie toczy się życie towarzyskie ruchu – w rozmowach, w „dramach”, w kulisowych sporach – ale znacznie rzadziej tam, gdzie zapadają decyzje polityczne. Tam, gdzie trzeba napisać tekst programowy, opracować strategię działania, przygotować komunikację wewnętrzną, przeprowadzić trudne rozmowy, wystąpić publicznie czy wziąć odpowiedzialność za kierunek organizacji. Nie chodzi o to, by kogokolwiek zawstydzać czy moralizować – w celu wzmacniania kobiet potrzebujemy tych prostych obserwacji, nie wyparcia czy życzeniowego myślenia. W polityce nikt nie będzie czekał, aż ktoś poczuje się gotowy, by zająć miejsce. Przestrzeń zostaje zajęta przez tych, którzy po nią sięgają.

Moralność i estetyka

Dochodzi do tego zjawisko, które można nazwać autoinfantylizacją. Kobiety same ustawiają się w pozycji osób mniej kompetentnych, mniej zdecydowanych, mniej uprawnionych do zajmowania przestrzeni. Wybierają role bezpieczne i niewidoczne, unikając sytuacji, w których trzeba jasno sformułować stanowisko, podjąć decyzję czy ponieść odpowiedzialność za jej konsekwencje. Ta strategia bywa wygodna: pozwala pozostać w pobliżu polityki, ale bez konieczności pełnego wejścia w jej nurt. To samo podejście przejawia się również w stosunku do własnych poglądów. Zamiast je rozwijać, pogłębiać i konfrontować z argumentami innych, wiele osób poprzestaje na powierzchownych formułach, które dobrze brzmią w mediach społecznościowych, ale nie wytrzymują poważniejszej dyskusji.

Przekonania i ideały funkcjonują jak estetyczne deklaracje – krótkie, łatwe do powtórzenia, często zapożyczone z obiegu internetowego. W efekcie język polityczny ubożeje: zamiast precyzyjnych pojęć pojawiają się slogany, zamiast argumentów pielęgnujemy moralne intuicje.

To z kolei sprawia, że wiele kobiet w praktyce unika sytuacji wymagających obrony własnego stanowiska. W dyskusjach politycznych szybko wycofują się z bardziej wymagających sporów, nie rozwijają swoich tez, nie budują argumentacji, która pozwoliłaby im utrzymać pozycję w rozmowie – często czują potrzebę podkreślić, że nie chcą cię atakować, tak jakby ich opinia miała kolce. Nie chodzi wyłącznie o brak wiedzy – raczej o brak nawyku traktowania własnych poglądów jako czegoś, co wymaga pracy, dyscypliny intelektualnej i gotowości do konfrontacji. W rezultacie kobiety pozostają obecne w przestrzeni politycznej głównie na poziomie tożsamości, deklaracji i komentarzy. Tam, gdzie potrzebna jest dłuższa argumentacja, gdzie trzeba uporządkować myśli, odwołać się do szerszych ram teoretycznych lub wziąć udział w poważnej polemice, często zapada cisza. Nie dlatego, że kobiety nie mają nic do powiedzenia, ale dlatego, że zbyt rzadko traktuje się własne myślenie jako coś, co wymaga systematycznego rozwijania.

Perspektywy?

Najłatwiej jest mówić o wykluczeniu w języku doświadczenia, znacznie trudniej w języku konsekwencji. Ten drugi wymaga uznania, że ruch nie jest przestrzenią, w której ktoś robi miejsce, a przestrzenią, w której miejsce się zajmuje. Nie można w nim uniknąć ryzyka i konfliktu. Polityka zaczyna się dokładnie tam, gdzie napięcie towarzyszące konkretnym decyzjom. Wymagajmy od siebie więcej, bo nie jesteśmy liśćmi na wietrze.



Gabriela Wilczyńska

ilustracja: Hanna Klauza

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja