O wspólnym życiu w ruchu studenckim
Tekst jest częścią czwartego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
Dopiero spotkanie z naszymi przyjaciółmi z włoskiego kolektywu Officine della formazione uświadomiło mi tak skrajne różnice w myśleniu o uniwersytecie jako instytucji czy dobra wspólnym. Tam, gdzie nasi przyjaciele z Zachodu widzą jedynie efekty skrajnej elitaryzacji i komodyfikacji edukacji, nasza lokalna perspektywa wyłamuje się z szeregu. Popularna w Polsce perspektywa na edukację wyższą rozpoznaje w uniwersytetach coś wspólnego. Wizja dobra wspólnego jest wpisana w sposób, jaki patrzymy na naukę. Nie mamy w zwyczaju myśleć o uniwersytecie jako wyłącznie korporacji czy jedynie fabryce informacji. Jednocześnie rozpoznajemy, że uniwersytet jako dobro wspólne został i pozostaje zawłaszczany przez kapitał. O ile historycznie uniwersytety oraz społeczności studenckie na całym świecie były źródłem czy katalizatorem wielu ruchów społecznych bądź politycznych (globalnie Maj ’68, a na naszym własnym podwórku NZS i Solidarność), o tyle stosunkowo rzadko w naszym kontekście, postrzegane są jako arena rzeczywistych walk. Uwidacznia się w tym dwojaka rola uniwersytetu: z jednej strony jest to miejsce intensywnej pracy kognitywnej czy pracy niematerialnej w ogóle1; z drugiej jest miejscem tworzenia się wspólnoty zdolnej do wytwarzania własnej, oddolnej wiedzy, nie tylko takiej, która zostaje jak najprędzej utowarowiona i sprzedana. Nie chcąc jednak skupiać się na przekroju społecznych wyobrażeń zbiorowych dotyczących uniwersytetów (co swoją drogą stanowiłoby świetne studium), naszą uwagę należy skierować na kształtowanie się ruchu studenckiego i poszczególnych jego części składowych (tj. organizacji czy kolektywów) wdzierających się do sfery publicznej, bądź budujących wobec niej rzeczywistą opozycję.
Zasadniczym problemem, wobec którego staje każdy ruch, jest autorefleksja następująca po wzmożonej aktywności. Zobrazujmy to zatem: grupa studentek i studentów rozpoczyna walkę o zamykany/wyprzedawany akademik, który umożliwiał im studiowanie na wymarzonej uczelni – przynosi to jakieś skutki: zwycięstwo lub też nie. Wytworzyli już zatem ruch (przekraczając swoją partykularność) i zahartowali go w boju. Jedna walka została zatem zakończona – pada zasadnicze pytanie: co dalej? A to właśnie w obliczu takich pytań stoi ruch studencki: tylko w przeciągu zeszłych dziewięciu miesięcy odbyło się pięć studenckich okupacji (niektóre z nich trwają, co prawda, do dziś). O ile na wielu frontach walk, ten pierwszy, niewątpliwie trudny okres wzmożonej aktywności dobiegł końca – ruch staje przed kolejnymi wyzwaniami: przed walką o sustenance samego siebie. Co kluczowe, nie przyjmujemy tu żadnej, jak mogłoby się zdawać, ewolucjonistycznej koncepcji rozwoju ruchu – byłoby to całkowitym zaprzeczeniem wobec ich spontanicznej i krnąbrnej natury. Mówimy tu natomiast o stagnacji na polu walki, nie tyle o rozejmie pomiędzy stronami, ile o paraliżującym impasie (a ten nadejść może z wielu stron). Zauważmy także, że ruchy muszą też być w stanie zejść ze sceny, jeżeli odegrały swoją rolę i nie są w stanie podjąć żadnego więcej już wyzwania. Rozpoznać musimy także, że te wyżej wymienione „formy” walki toczą się często jednocześnie, przenikają się i uzupełniają. Bo czy i studenci okupujący jakiś akademik nie muszą zarazem walczyć o sustenance tego ruchu, jak i zmagać się z trudnościami danymi na bieżąco? Rozpoznanie tej płynności uświadamia nam, że ruch nie jest jakimś skostniałym bytem, a raczej ciągłą produkcją form życia.
Kwestię tę należałoby także odwrócić i przyjrzeć się wpływowi ruchu na jednostkę stanowiącą jego część, co kolejno przybliży nas do problemu wspólnotowości jako rzeczywistej podstawy każdego ruchu roszczącego sobie potencjał do rzeczywistej zmiany. Parafrazując jednego z myślicieli wywodzących się z włoskiego ruchu pracowniczego ubiegłego stulecia: działanie jest ucieczką od samotności. W dobie pogłębionej atomizacji społecznej i wszechobecnego, wtórnego analfabetyzmu społecznego (szczególnie na przykładzie pokolenia Z, któremu znaczna część okresu, na który przypada intensywna socjalizacja, została odebrana przez pandemię), zauważamy, że to wspólne działanie jest swoistym lekiem czy odtrutką. Rozpoznanie, że ruch oprócz tego, że wytwarza wiedzę czy kulturę, przede wszystkim jest także wspólnotą, jest kluczowe dla zrozumienia naszego obecnego położenia! Wspólna frustracja stanem zastanym, wspólna walka oraz wspólne życie społeczne leżą u podstaw odkrywania i wytwarzania nowych form życia społecznego – takich, które uznają różność, które nie wykluczają, które stanowią swoistą namiastkę wolności — takich, które nie opierają się na interesownym networkingu czy relacjach transakcyjnych. Budowanie takich wspólnot wykracza jednak poza rzucanie sloganami! Niech zatem praktyka dowodzi, że jest to możliwe.
Naszą walkę należy raczej postrzegać jak topiącego się człowieka, raz gwałtownie znikającego pod taflą wody, jedynie po to, by chwilę później spod niej wychynąć w celu gwałtownego zaczerpnięcia oddechu. Mimo ciążącego widma pesymizmu należałoby zrezygnować z góry z defetyzmu i strachu przed działaniem. Taka postawa jedynie legitymizowałaby stan obecny, wytrącany przez nasz opór z zawiasów.
Łukasz Chodnik
[1] Zob. H. Cleaver, Praca w szkole i walka przeciwko pracy w szkole.
