ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

Czy po studiach będę miał kolegów?

9 marca 2026

Czy po studiach będę miał kolegów?

Tekst jest częścią ósmego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.

Tytułowe pytanie raczej nie dotyczy czegoś, o czym chcemy myśleć na co dzień. Świadomość, że w perspektywie czasu relacje z ludźmi, których uważamy za przyjaciół i dobrych kolegów znacznie się zmienią – być może nawet rozpadną – nie jest przecież niczym przyjemnym. Sposób, w jaki tworzymy relacje, nie jest czysto indywidualną kwestią, a pochodną tego, jak ułożono nam społeczeństwo. Ponieważ sam jestem jeszcze w trakcie studiów, a nie chciałem, żeby ten tekst był jedynie moimi teoriami i domysłami, w celu przygotowania do tego artykułu zapytałem starsze koleżanki i kolegów o ich doświadczenia. W rozmowach wybrzmiewał wspólny wniosek: po studiach zdecydowanie następuje rozpad więzi koleżeńskich.

Aby zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, musimy najpierw pojąć, co jest głównym motorem powstawania relacji koleżeńskich podczas studiów. Jest nim prosta kwestia bycia mimowolnie wprowadzonym do grupy społecznej dlatego, że tak Ty, jak i inne osoby na Twoim kierunku musicie uczestniczyć w zajęciach. Nierzadko wybór tego samego kierunku wskazuje na podobne zainteresowania, a pójście na uczelnię wyższą daje nam społeczną carte blanche, w gronie „świeżych” studentów nie ma oczekiwania posiadania rozbudowanej siatki koleżeńskiej. Co więcej, dzięki temu, że wszystkie osoby z danej grupy studiujących mają mniej więcej podobne rozkłady dnia, nieformalne interakcje z rówieśnikami mogą być regularne. Small talk prowadzony na papierosie w przerwie między zajęciami jest doskonałym punktem wyjścia dla znajomości. Te niezobowiązujące interakcje następnie przekształcają się we wspólne wyjścia np. na piwo, co dalej wzmacnia relacje.

Kolega od notatek

Jednocześnie warto zauważyć, że ten względnie optymistyczny, obraz relacji studenckich często rozmija się z rzeczywistością. Nawet na studiach wiele znajomości ma dziś charakter płytki i czysto instrumentalny. Rzeczy takie jak praca nad projektem grupowym, drobne wzajemne przysługi czy pożyczanie notatek, nie wymagają przecież przyjaźni. Relacje koleżeńskie zastępuje czysto strategiczne myślenie. To przejaw indywidualizmu przenikający tak środowisko studenckie, jak i resztę społeczeństwa. Skupiamy się na własnej ścieżce, żeby tylko dostać dyplom i robimy to kosztem realnego zaangażowania społecznego.

Wychodzenia poza te ramy nie ułatwia nam struktura uczelni. Dodatkowo znaczna część studenckiego życia społecznego przeniosła się do internetu. Nie chodzi nawet o relacje koleżeńskie podtrzymywane online (które, na marginesie, też nie są dobrym substytutem relacji przyjacielskich w prawdziwym życiu), lecz coraz częściej o relacje parasocjalne z twórcami operującymi w „nowych” mediach, które nie wymagają wzajemności ani odpowiedzialności. Ważną rolę w przyspieszeniu tych procesów odegrała pandemia i okres nauczania zdalnego, który dla wielu osób był momentem zerwania ciągłości relacji i nauczył funkcjonowania „obok innych”, a nie „z innymi”. W efekcie coraz częściej wchodzimy w dorosłość z doświadczeniem relacji bardziej kruchych i łatwiej zbywalnych, niż wcześniej. To zasiewa ziarno pod nowe problemy, które ujawniają się po studiach.

Gdzie szukać swoich ludzi?

Problem z rozpadem więzi i zmniejszeniem liczby znajomych mniej dotyka absolwentów, którzy angażują się w pozauczelniane formy aktywności w ramach jakiejś społeczności. Jedna z takich osób, która jest zaangażowana w scenę punkową swojego miasta, podczas rozmowy stwierdziła wręcz, że po obronieniu dyplomu ma więcej znajomych, ponieważ nie musi już łączyć studiów z pracą zarobkową, co wcześniej stanowiło znaczne utrudnienie w zawieraniu przyjaźni. Właśnie w zaangażowaniu w grupy funkcjonujące poza strukturami uczelni, upatrywałbym indywidualnych rozwiązań problemu, o którym traktuje artykuł.

Oczywiście, indywidualne rozwiązania w tym wypadku są jedynie jak plasterek nałożony na ranę po dźgnięciu nożem. Jako młode pokolenie potrzebujemy głębokich zmian w kwestiach społecznych, na uczelniach i w świecie pracy. Uczelnia powinna ułatwiać tworzenie długotrwałych przyjaźni podczas studiów i dbać o zapewnienie narzędzi do ich zawierania, przeciwdziałając tym samym tworzeniu jedynie krótkotrwałych sojuszy „po notatki”. Niedocenione i zupełnie zaniedbane w tej kwestii jest istnienie klubów studenckich, stołówek, i innych przestrzeni funkcjonujących na uczelni, w których głównymi bywalcami byliby studenci i studentki. Takie przestrzenie byłyby świetnym miejscem na nawiązywanie przyjacielskich relacji. To stanowiłoby też punkt wyjścia do organizowania się studentów w bardziej celowe grupy (np. zespoły muzyczne, kółka graczy w RPG). Takich miejsc jest zdecydowanie za mało i cierpimy na tym wszyscy.

A co po studiach?

Problem w budowaniu i utrzymywaniu znajomości przeważnie pojawia się dopiero po studiach. Najpierw, z oczywistych powodów, odpadają te bardziej powierzchowne relacje. Nie masz już zajęć z kolegą, z którym wspólnie chodziliście na palarnię, więc po prostu się z nim nie spotykasz i wkrótce stajecie się dla siebie obcymi. Następnie odpadają te mocniejsze więzi. Grupa, z którą prowadziliście koło naukowe, chodziliście do baru, albo na karaoke, nie spotyka się już regularnie. Operujecie na różnych grafikach, a po pracy jesteście zmęczeni, więc znalezienie czasu na spotkanie graniczy z cudem. Test czasu mają szansę przetrwać tylko te najmocniejsze przyjaźnie, których utrzymanie i tak będzie wymagać poświęcenia od od każdego członka grupy. Jednak relacji, które udaje się utrzymać po studiach, jest zazwyczaj za mało, aby zaspokoić potrzebę interakcji międzyludzkich.

Relacje zawodowe nie są tak bliskie, jak te na studiach. W pracy oczekuje się profesjonalnego podejścia do współpracowników. Jesteśmy dla siebie mili i traktujemy się z szacunkiem, ale nie jesteśmy „kumplami”. Praca jest niezbędnym do życia przymusem, wyznajemy przede wszystkim – dość pragmatycznie – nastawienie „przyjść, zrobić swoje, dostać wypłatę i wyjść”. Wszechobecny paradygmat liberalnego indywidualizmu jedynie wzmacnia wspomnianą postawę. Istnieje niepisane założenie, że każda z osób ma już swoją siatkę koleżeńską, więc zawieranie silnych przyjaźni w miejscu zatrudnienia nie jest oczekiwane.

Nie pokonamy szefów, jeśli ze sobą nie rozmawiamy

W pracy funkcjonujemy tak, jakby współpracownicy byli nam obcy, a oni odwdzięczają się nam tym samym. To nastawienie sprowadza się do bardzo ograniczonego zaufania do osób, z którymi pracujemy. To szkodzi nam wszystkim. Przede wszystkim dlatego, że jeśli nie ufamy sobie nawzajem, łatwiej jest nastawić nas przeciwko sobie. Brak zaufania działa na korzyść szefa. Jeśli nie wierzymy, że możemy z kimś szczerze porozmawiać o warunkach pracy bez groźby tego, że np. doniesie szefostwu o naszej postawie, będziemy tych rozmów unikać. A to właśnie pracownicze rozmowy są jednymi z pierwszych momentów, kiedy problem z indywidualnej trudności przechodzi w sprawę, wokół której można się zorganizować i walczyć. Jeśli chcemy realnie polepszyć swój byt, musimy na przekór wszystkiemu budować wzajemne zaufanie w miejscu pracy

Poza zaufaniem i odrzuceniem egocentryzmu – wpojonego polskiemu społeczeństwu podczas terapii szokowej – potrzebujemy też zwyczajnie mieć więcej czasu. Tak, aby po zmianie mieć w ogóle siłę i chęć na dalsze interakcje z otaczającymi nas ludźmi. Ten postulat – ani żaden inny, który wysuwam w toku tego artykułu – nie zostanie jednak spełniony z „dobroci serca” jakiegoś polityka. Klasa polityczna zasadniczo „serca” nie ma.  

Aby doprowadzić do realnej zmiany społecznej, musimy być zorganizowani i aktywnie walczyć o rozwiązanie strukturalnych problemów. Musimy już teraz zacząć działać na rzecz poprawy naszej sytuacji, po to, aby w przyszłości nikt z nas nie musiał zadawać sobie pytania: Czy po studiach będę miał kolegów?

 

Jakub Mleczko

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja