Okupacyjne refleksje
15 X 2024 15 października 2024
Tekst jest częścią czwartego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
W maju tego roku studentki i studenci zorganizowali strajk okupacyjny DS Kamionka należącego do Uniwersytetu Jagiellońskiego. Akcja rozpoczęła się równo pół roku po zakończeniu okupacji poznańskiego DS Jowita. Poniżej opisuję niektóre wnioski i przemyślenia, które powstały na bazie grupowych oraz indywidualnych rozmów po zakończeniu akcji w Krakowie.
Rozsądek i ciężar historii
Przede wszystkim musimy toczyć walkę z konserwatywnym przekonaniem, że prominentnymi wartościami oporu są: przestrzeganie za wszelką cenę przepisów prawa, konwenansów społecznych oraz tzw. zdrowego rozsądku. Sprzeciwiać się narracji, że musimy być „wdzięczni” za dobrą wolę władzy i nie odstraszać jej swoją bezkompromisowością. Jeśli oferują nam palec, chwyćmy ich za ramię. Żaden rektor nie ugnie się pod siłą argumentów czy moralnej racji — dopiero gdy odczuwa nasz oddech na karku, zaczyna traktować sprawę na poważnie. Podczas trudnej okupacji nierzadko docierały do nas głosy — również z wewnątrz — przekonujące nas do „brania, co dają”. Twierdzono też, że czas na „wycofanie się z twarzą”, przeszarżowaliśmy, przeceniliśmy własne możliwości. Brak woli negocjacji ze strony władz uniwersytetu spełnił swoją rolę w sposób perfekcyjny. Zasiała ona lęk, niepewność, zwątpienie w siłę i sens oporu. Bezkompromisowość i zawziętość strajkujących studentów i studentek jest godna podziwu nie tylko sama w sobie, jako postawa istniejąca w próżni. Wysiłek wkładany na co dzień w skrupulatne zarządzanie procesem i dbanie o morale wewnątrz grupy w takich warunkach są na wagę złota.
Nie należy jednak wpadać w pułapkę niezorganizowanej spontaniczności i miernych prób zradykalizowania walki dla samego radykalizmu, czy też wyższości moralnej. Wewnątrz politycznych ugrupowań istnieje pewna martyrologia, która nie rozwija trwającej walki, a sabotuje ją. Skupienie na pomysłach, które kojarzą nam się z rewolucyjnymi scenami z przeszłości, o których rozmyślamy, czytamy i piszemy, jest martwym punktem. Zamyka nas to w myśleniu w kategorii kalek, wydeptanych schematów i odciąga od tworzenia strategii na tu i teraz — takiej, która bierze pod uwagę nasze zasoby, możliwości i warunki, w jakich żyjemy. Ciągłe nawiązywanie do poprzednich walk to ścieżka prowadząca bezpośrednio do powielania form, które znamy. Nie możemy zapomnieć, że czerpanie z historii nie jest równoznaczne z jej bezmyślnym kopiowaniem. Naszym zadaniem, jako bojowego ruchu studenckiego, jest stałe wynajdowanie nowych form tak, aby nie stawać się przewidywalnymi i nie osiadać na laurach. Celem nie jest odcinanie się od dorobku dotychczasowych działaczy i działaczek, a rozwój i eskalacja tego, z czym obecnie się mierzymy. Koło nie ma zostać wymyślone na nowo — ma zostać stworzone ze świeżego, wytrzymałego materiału, który ma uwadze grunt, po którym stąpamy.
Interesy przeróżne
Branie na siebie odpowiedzialności za konkretne zadania i procesy podczas okupacji czy innych form oporu jest poważniejsze, niż nieraz zdajemy sobie z tego sprawę. Podczas zebrań nietrudno jest podnieść rękę i zadeklarować gotowość do podjęcia się danej sprawy. To, z czym wiążą się ów zadania, sprawia wrażenie małostki, drobnych obowiązków, które lekką ręką wypełnisz. Spędziliśmy sporo czasu na dyskutowaniu tego, co dzieje się po lekkomyślnej, radosnej deklaracji. Zauważamy, że ludzie nie są świadomi wielkości tego, jak bardzo ich czyny wpływają na grupę i powodzenie danego działania. Wypowiadane „mogę się tym zająć” nierzadko oznacza „będę zapisany jako odpowiedzialny za to zadanie, ale będziesz musiała mi przypominać, pilnować, poprawiać, wyręczać”. Czasem wręcz chciałoby się powiedzieć, że sabotaż mile widziany w zakładach pracy nie odbywa się tam, a wewnątrz organizacji i ruchu. Działalność polityczna nie jest campingiem. Jest aktem, który ma nas uczyć odpowiedzialności, dyscypliny i kolektywnej odpowiedzialności za innych. To, co zrobisz (lub nie) wpłynie na walczących u Twojego boku. Przyjaciół i przyjaciółek, ale również tych, których sympatią nie darzysz. Lewicujące i liberalne środowiska od lat trajkoczą o „wspólnej sprawie”, co w moim odczuciu odebrało hasłu jakąkolwiek polityczność i wpływ. Każdy zgodzi się z tezą, że nasza walka jest „wspólną sprawą”, pokiwa głową, udostępni na ten temat kafelek na mediach społecznościowych. Problemem jest to, jak niewiele osób faktycznie ją przyswoi. Czym jest dla Ciebie wspólna sprawa? Najwyższą wartością, która jest z Tobą na co dzień i określa Twoją politykę, czas i priorytety, czy sloganem prowadzącym donikąd?
Kluczowe wnioski
To, co uznajemy za cel, nie zawsze jest oczywiste. Zmiana paragrafu w ustawie, przepisu w regulaminie, czy uszczelki w akademiku nie są politycznym być albo nie być. Nauka współdziałania, konsekwentne tworzenie kultury organizacyjnej, rozwijanie myśli politycznej, tworzenie alternatywy do rządzonego przez kapitał świata — to przyświecające upolitycznionym studentkom i studentom cele w szerszym kontekście. Ograniczanie działalności na uniwersytetach do drobnych zwycięstw doprowadzi nas do nieuchronnej śmierci z przyczyn naturalnych. Prawdziwym sukcesem jest zbudowanie gruntu dla studentek i studentów, który przetrwa dłużej niż jeden sezon. Żeby taki grunt stał się naszym fundamentem, musimy naszą uwagę skierować na wykorzystanie przeciwko uniwersytetowi jego własnej funkcji, czyli tworzyć przestrzenie dyskusji i polityki, które wyjdą poza ramy suchych, nieangażujących wykładów.
Gabriela Wilczyńska
