Niewolnictwo w kitlach, czyli o praktykach na studiach medycznych
15 grudnia 2025
Tekst jest częścią siódmego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
Setki godzin darmowej pracy są obowiązkowym elementem studiów na kierunkach medycznych. Opowiemy, jak wyglądają praktyki na studiach medycznych, co w tym systemie zupełnie nie działa i jak wpływa to na studentki. Tekst powstał w wyniku rozmów ze studiującymi na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym i Uniwersytecie Mikołaja Kopernika.
Co, gdzie, ile?
Po każdym z pierwszych pięciu lat studiów na kierunku lekarskim studentki odbywają obowiązkowe cztery tygodnie praktyk, łącznie 600 godzin. Po pierwszym roku są to praktyki pielęgniarskie obejmujące podstawę opieki nad chorym, a po kolejnych latach w poradni rodzinnej i na kolejnych oddziałach w szpitalu. Studentki ratownictwa medycznego odbywają łącznie 975 godzin praktyk, w tym 500 wakacyjnych i 475 śródrocznych Aż 1200 godzin praktyk, w tym 200 w czasie wakacji odbywają studentki pielęgniarstwa.
W założeniu jest to ważne uzupełnienie teoretycznej wiedzy zdobytej na zajęciach i poszerzenie umiejętności praktycznych koniecznych do praktykowania zawodu. Studentki, jeśli wszystko pójdzie dobrze, mają okazję, pod nadzorem pracowników szpitala, wykonywać szereg procedur medycznych. A jak to wygląda w praktyce?
Porzućcie wszelką nadzieję (i pięć stów), ci, którzy tu wchodzicie
Za pracę, którą wykonują podczas praktyk, studentki nie otrzymują żadnego wynagrodzenia. Często jest jeszcze gorzej. W niektórych placówkach obowiązuje opłata za praktyki – nawet 500 złotych za cztery tygodnie „korzystania z infrastruktury i mediów”. W czasie pandemii niektóre studentki musiały też płacić nawet 164 zł za dzień (!) za środki ochrony osobistej. Jeżeli szpital, w którym chcesz odbyć praktyki, nie ma podpisanej umowy z twoją uczelnią, musisz zapłacić za jej podpisanie.
Na czas praktyk nie jesteś zwolniona z opłat za mieszkanie, musisz też coś jeść. Połączenie darmowej pracy po 6 godzin dziennie z pracą zarobkową, która pozwoli ci się utrzymać, zużywa każdą godzinę, którą jesteś na nogach. A przecież podczas praktyk masz się dużo nauczyć, więc wypadałoby utrzymać uwagę. Przy zmęczeniu wynikającym z takiego nakładu pracy jest to niemożliwe.
W ciągu roku akademickiego praktycznie dzień w dzień zdarzało mi się, mimo olbrzymich dawek kofeiny, przysypiać podczas zajęć. Po prostu za mało śpię z powodu łączenia studiów z pracą. W wakacje masz miesiąc wycięty z życia, więc tracisz co najmniej 160 godzin pracy, co w praktyce oznacza miesiąc bez wynagrodzenia. Pracuję na ponad pół etatu. Pogodzenie tego z praktykami i zajęciami bywa…karkołomne.
Mimo że formalnie plany praktyk i listy czynności do wykonania istnieją, w rzeczywistości rzadko są one realizowane. Ich organizacja jest chaotyczna, a w celu rzeczywistego opanowania potrzebnych umiejętności, trzeba na każdym kroku dopytywać, niemal dopychać się do osób, które mają cię ich nauczyć.
To, co mamy w naszym cudownym dzienniku praktyk, a to, jak one naprawdę wyglądają, to dwa różne światy.
Jeżeli trafisz źle, to spędzisz sześć godzin dziennie, podpierając ścianę. Pracownicy nie mają czasu ani ochoty się tobą zająć. Nikt, z kim miałam praktyki, nie miał planu, jak nauczyć mnie rzeczy, które są zadane ze studiów.
Uczeń – Mistrz
Pracownicy odpowiedzialni za opiekę nad praktykantkami nie otrzymują dodatkowego wynagrodzenia. Nadmiernie obciążeni swoimi obowiązkami zwyczajnie nie mają czasu, aby poświęcić uwagę swoim podopiecznym. Tu również dają o sobie znać problemy systemu ochrony zdrowia: drastyczne niedofinansowanie i braki kadrowe.
Przeważnie byłem traktowany jak powietrze, ignorowany. Ciężko zająć się studentem, przekazywać mu wiedzę, kształcić, samemu będąc obciążonym nadmiernie pracą. Na chirurgii spędziłem dwa tygodnie, jedynie podziwiając plecy operatora. Walczyłem o miejsce, żeby cokolwiek zobaczyć między piątką studentów, trójką rezydentów, lekarzem stażystą, asystentem lekarza i tak dalej.
Relacja między studentkami a pracownikami szpitali rządzi się zasadami tej samej hierarchii, która obowiązuje na sali wykładowej. Studentka ma znać swoje miejsce, najlepiej w ogóle nie zawracać głowy, a ciągła presja jest dla profesorów świetną metodą dydaktyczną. Ta hierarchia niejednokrotnie prowadzi do nadużyć i przemocy. A wsparcie oferowane przez uczelnie i szpitale jest trudno dostępne i niewystarczające.
Musimy mieć za co żyć, a za naszą pracę należy się wynagrodzenie. Studiujący nie mogą być podzieleni na dwie, drastycznie różniące się od siebie grupy: tych, którzy mają możliwości poświęcać cały wolny czas nauce i tych, którzy pracują na dwa etaty, ale tylko za jeden otrzymują pensje. Czas wyplenić nierówności klasowe w edukacji i zadbać o realny dostęp do wiedzy, kształcenia i nauki.
Mikołaj Jędrzejewski, Stanisław Sieniawski
