Mit niepokornej walki z totalitaryzmem. Po co III Rzeczpospolitej Marzec 68?
4 sierpnia 2025
Tekst jest częścią szóstego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
8 marca 1968 r. studenci Uniwersytetu Warszawskiego zbuntowali się przeciwko komunistycznej władzy — głosi tytuł jednego z artykułów na stronie Instytutu Pamięci Narodowej. Wydarzenia Marca są bez wątpienia jednym z najważniejszych momentów, które wyznaczają ramy dzisiejszej polityki historycznej. Fala protestów zapoczątkowana przez studencki wiec na Uniwersytecie Warszawskim była znacząca — przejawy oporu PRL-owskie służby odnotowały w ponad 140 miastach. Ta liczba jasno wskazuje, że Marzec nie był inteligenckim wystąpieniem elity narodu. Wręcz przeciwnie – spośród 2725 zatrzymanych osób, 9371 było robotnikami. Wśród poddanych represjom było więcej robotników niż studentów — tych drugich zatrzymano o 300 mniej. Marzec uznawany jest za przełomowy moment, który stworzył nowe warunki dla ówczesnej opozycji. To początek procesu, którego zwieńczeniem było powstanie masowego ruchu oporu na początku lat ‘80 pod szyldem NSZZ Solidarność. To właśnie po marcowych wydarzeniach osią sporu stał się totalitaryzm – wcześniej nieobecny w inteligenckim dyskursie. Był to też moment zjednoczenia, które obecnie wydaje się abstrakcją — robotnicy okazywali wsparcie studentom i odmawiali udziału w pacyfikacji ich protestu, równolegle podejmując walkę na swoich zakładach pracy, a wykładowcy aktywnie uczestniczyli w oporze.
Wszystko to sprawia, że Marzec spełnia wszystkie przesłanki potrzebne polskiej martyrologii: jest opór, walka z okupantem, są męczennicy i szczęśliwe zakończenie w postaci Wolnej i Niepodległej. Weteranów Marca należy darzyć szacunkiem i wdzięcznością, wspominać ich odwagę i składać wiece w rocznice protestów. I w zasadzie to tyle.
[...] wydarzenia na Uniwersytecie zapoczątkowały falę młodzieńczego buntu, która dotarła do innych ośrodków akademickich w kraju.
Tak w 53 rocznicę o Marcu mówił rektor UW, Alojzy Nowak. Ósmy marca na Kampusie Głównym oznacza krótką ceremonię, podczas której obecni są też weterani Solidarności, z bezpiecznej odległości opowiadający o słusznej walce. W końcu poczucie sprawiedliwości i przeciwstawianie się absurdom władzy uchodzi za element polskiej tożsamości – a przynajmniej lubimy tak o sobie myśleć. Nic nie legitymizuje władzy tak skutecznie, jak historia wyboistej drogi ku jej zdobyciu. Wolność, władza i system zlewają się w jedno; krytykując współczesne decyzje polityczne, podnosisz rękę na najwyższą wartość, jaką jest wolność. Okazujesz brak szacunku przelewającym przed dekady krew po to, żebyś ty miała wygodne życie. Nie możesz chcieć więcej, dostrzegać nierówności i niesprawiedliwości i przemocy aparatu państwa, sama chęć jest zbyt łapczywa i nie na miejscu. Można odnieść wrażenie, że osiągnęliśmy pewnego rodzaju koniec historii i funkcjonujemy po jej napisach końcowych. Nasza klasa polityczna skutecznie rozbroiła ruch związkowy jeszcze na początku Wolnej i Niepodległej, zabezpieczając swoje interesy i pozycję – sama dobrze wiedziała, jak niepokonaną siłą są zorganizowani pracownicy działający ramię w ramię ze studentami. Fala młodzieńczego buntu, o której mówi Nowak, ma pozostać reliktem przeszłości. Ten sam mechanizm obserwujemy, śledząc dyskursy wokół strajków w rozumieniu odmawiania pracy: duma z narodu i robotników, który od Gdańska po Jastrzębie zacisnęli pięści oraz pogarda dla nieracjonalnych postulatów wysuwanych dziś przez organizacje związkowe – niejednokrotnie mniej radykalne od tych, które wiszą jako eksponat w Europejskim Centrum Solidarności. Obłuda uniwersytetów i państwa, które jedną ręką kładą znicz pod pomnikiem, a drugą wzywają służby do pacyfikacji i wymuszają ślepe posłuszeństwo, jest wyzwaniem dla ruchów społecznych. Naszą rolą jest tę obłudę ujawniać, demaskować, wytykać i kompromitować.
Innym aktorem w tym niskiej klasy spektaklu są weterani i działacze z dwucyfrowym stażem. Powierzchowne, fałszywe pochwały i protekcjonalne uwagi: Młodzi, działajcie! Dobra robota, myśmy w latach 80! nie są wyrazem autentycznego dialogu. Rozmówca nie rejestruje, co mówi do niego druga strona — po prostu chce z pozycji eksperta ds. obalania komuny udzielić złotych rad, takich jak przegłosowanie nowego rektora czy spotkanie z władzami. Wyraża niemal dziecięcą niezgodę na to, że dzisiejsi studenci obierają inne metody niż te, które on obecnie uważa za słuszne — te są oczywiście nieskuteczne, bo wynikają z braku wiedzy na temat obecnych konfliktów. Prawdziwe problemy zaczynają się, jednak gdy ich zaprzyjaźnieni profesorowie otwarcie potępiają protesty studenckie, sięgając po stały arsenał zarzutów: agresji, kłamstw, łamania prawa i oczerniania. Wtedy niejeden weteran pędzi podpisać list poparcia dla tzw. Magnificencji. Tę postawę można opisać krótko: popieramy to, że studenci walczą, ale tylko wtedy, gdy znają swoje miejsce i nie podważają feudalnego porządku uniwersytetu, na którym obecnie korzystam. Znowu znajdujemy się w sytuacji, w której wszystkie godne śmiałego poparcia akcje protestacyjne skończyły się, jakimś cudem, parędziesiąt lat temu.
Studiujemy, pracujemy, działamy w specyficznym momencie historycznym będącym twardym orzechem do zgryzienia. Musimy znać historię studenckiego oporu — tę z naszego własnego, polskiego podwórka. Wiedza chroni nas przed manipulacjami władzy, ale jest też przestrogą. Działając bez instytucjonalnych sojuszników, wśród biernych nauczycieli akademickich i będąc bombardowanymi historiami wielkich manifestacji, łatwo odnieść wrażenie osamotnienia i przytłoczenia. Warto spojrzeć na to w inny sposób: mamy wyjątkowo ważne zadanie do wykonania. Dlatego tak ważna jest studencka współpraca między ośrodkami akademickimi, wymiana strategii i budowanie politycznego programu. Zamiast krótkich mobilizacji, porzucania tematów w odpowiedzi na trudności i wiecznego szukania wewnętrznych podziałów, stawiać należy na długotrwałą strukturę, naukę zaufania i samoorganizację. Działajmy tak, żeby przyszli studenci czerpali z naszych punktów odniesienia i byli gotowi na wyszarpanie sobie podmiotowości z rektorskich łapsk. Może taki już urok organizowania się w dobie Wolnej Niepodległej i za parę dekad nie będziemy budzić tylu kontrowersji, co dziś?
Gabriela Wilczyńska
[1] J. Eisler, Polski rok 1968, s. 396
Opór
