Kilka kart z historii studenckiego oporu w III RP
26 X 2024 26 października 2024
Tekst jest częścią czwartego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
Polska posiada bujną historię ruchów studenckich. Mimo tego wielu z nas wpada w pułapkę działania po omacku, w której każda aktywność protestacyjna, jest „tą pierwszą w historii” lub „tą pierwszą od bardzo dawna”. Przyczyn możemy doszukiwać się w nieprzychylnych mediach, braku zainteresowania badaczy, czy zaniedbaniu ze strony samych protestujących, którym mogło towarzyszyć przekonanie, że historia nieudanych aktów oporu nie okaże się dla nikogo przydatna. Przede wszystkim poszukiwać ich trzeba w społecznym konstruowaniu wiedzy w dominującym dyskursie, w którym buntowanie się przeciwko neoliberalnej władzy, elitom, postrzegane jest jako reakcyjne, agresywne i przesadzone. Kolektywne działanie jednak każdorazowo przesuwa granicę tego co możliwe i dopuszczalne.
Pisaniem historii od zawsze zajmowały się elity, które nawet w dobie internetu decydują o tym, co zostanie upamiętnione i zmitologizowane, a co zapomniane. Dla nas, działaczek i działaczy historia jest kluczowa — jest nieocenionym źródłem wiedzy, lekcji i strategii, którymi możemy posiłkować się, budując ruch. Oceniając ją krytycznie, stajemy się lepiej zorganizowani, silniejsi i świadomi możliwych scenariuszy wynikających z naszego działania.
Uczestnicząc w jakimkolwiek ruchu społecznym, zawsze warto znać przeszłe wydarzenia czy perspektywę ruchów walczących w tej samej sprawie, ale w nieco innych warunkach legislacyjnych i społecznych, również za granicą. Nie rodzimy się liderkami, nie od razu wiemy, co robić i jak się zachować. Wiedza przychodzi wraz z zaangażowaniem, pracą wewnątrz ruchu i wymianą doświadczeń, do której powinnyśmy dążyć. Ten krótki tekst, ma na celu wyłącznie zasygnalizowanie problemu, z którym borykamy się, uczestnicząc w ruchu studenckim. Diagnoza wydaje się nieunikniona — sami musimy tę historię spisać, wewnątrz uniwersytetu oraz poza nim.
Fala okupacji budynków byłych Komitetów Wojewódzkich PZPR
W latach 80. jednym z największych problemów trapiących polskie szkolnictwo wyższe było nieadekwatne zaplecze lokalowe oraz jego zły stan techniczny. Naukowcy i studenci żyli w ścisku w często dosłownie rozpadających się budynkach. Wraz z nadejściem przemian w roku 1989 społeczność akademicka liczyła na poprawę swojej sytuacji. Ruch studencki z czasów Solidarności pozostawał silny i liczny. Wydawać się mogło, że dla wolnego i demokratycznego kraju uniwersytet będzie instytucją wyjątkową. Szybko okazało się jednak, że były to jedynie marzenia. Po rozwiązaniu PZPR chętnych na różne części jej majątku było wielu, a uczelnie wcale nie były przez władze państwowe faworyzowane. Mimo szczątkowych źródeł historycznych wiemy dziś, że w samym roku 1990 studenckie okupacje budynków byłych Komitetów Wojewódzkich odbyły się na pewno w Białymstoku, Katowicach, Poznaniu, Częstochowie, Olsztynie i Kielcach. Mało który student wie dziś, że o budynek, w którym się uczy studenci i studentki musieli zawalczyć. A nie walczyli sami — wśród organizacji inicjujących i wspierających te niesformalizowane akcje protestacyjne znajduje się Niezależne Zrzeszenie Studentów, Solidarność Walcząca, Federacja Młodzieży Walczącej, Konfederacja Polski Niepodległej, czy Wolność i Pokój. Najlepiej opisany jest przypadek Białegostoku, gdzie Komitet Wojewódzki był okupowany w dn. 8-9 stycznia, po czym wojewoda zgodził się na żądania studentów. Jak wspomina jeden z okupujących w rocznicowym wywiadzie Joanny Kilmowicz z 2010:
To nie było tak, że spotkaliśmy się we trzech, (...) wypiliśmy po dwa piwa i krzyknęliśmy: Okupacja! W moim przypadku były to konsekwencje wyboru z 1985 roku, gdy zacząłem studia i wraz z nimi działalność opozycyjną. To nie była żadna hucpa. Ładnych parę miesięcy trwały negocjacje i nasze grzeczne prośby — nastała przecież demokracja i uważaliśmy, że wszystko trzeba załatwiać „lege artis” - do Solidarności, władz regionu i rektora o pomoc w uzyskaniu budynku. Nie doczekaliśmy się jej, więc zaczęliśmy w ramach komisji uczelnianej rozważać zdobycie budynku. (Szymon Zybering)
Pomimo znanych nam dobrze metod działania studentów, w oczy rzuca się jedna ważna różnica — to, co Zybering określa jako działanie lege artis, dziś brzmi bardzo zachowawczo. Jako komisja uczelniana NZS, protestujący pokładali zaskakująco duże nadzieje w innych organizacjach, w nadziei, że to one podejmą walkę w ich interesie. Należy też pamiętać, że wydarzenia miały miejsce 3 tygodnie przed rozwiązaniem Partii, wobec czego przejęcie budynku przez Uniwersytet, wtedy jeszcze filię UW, wcale nie wydawało się łatwym celem.
Decyzję podjęliśmy parę dni wcześniej i nie wtajemniczając zbyt wielu osób, 8 stycznia rano, jeszcze przed rozpoczęciem pracy, weszliśmy głównym wejściem do budynku Komitetu Wojewódzkiego, po czym założyliśmy straż. Pracownicy weszli jednak innym wejściem i próbowali nas wypchnąć. Byli kompletnie zdumieni sytuacją, uważali, chyba że to bezczelność z naszej strony, że zaraz przyjedzie milicja i zrobi z nami porządek. Parę szyb się potłukło, ale po krótkiej przepychance sytuacja się uspokoiła. Po części dzięki temu, że zadbaliśmy o to, by dowiedziały się o tym ogólnopolskie media. (Robert Mrozowski)
[Protestowało] 200 do 250 osób, głównie studentów prawa i historii, i znajomych z akademików. Nam się wtedy chciało chcieć. Byliśmy prekursorami, bo po nas takie akcje zaczęły się w innych miastach. A ja jeździłem i radziłem pod względem logistycznym, jak ustrzec się błędów (...). (Szymon Zybering)
W ferworze przemian okresu transformacji mogłoby się wydawać, że taki studencki protest spali na panewce ze względu na istotniejsze, bardziej medialne wydarzenia. Można też było snuć założenia, że w związku z rychłym upadkiem Partii będzie nic nieznaczącym, banalnym zrywem. Okazuje się jednak, że protestujący dobrze wiedzieli, co robią, a ich sukces nie był dziełem szczęścia, ani przypadku. Pozostaje zadać sobie pytanie: skąd brać taki zapał do walki?
Protesty przeciwko komercjalizacji edukacji
Piotr Kowzan wspomina, że jeszcze w 2009 roku stypendia na studiach, nie były tak oczywistą sprawą. Ówczesny doktorant Uniwersytetu Gdańskiego wspomina:
Studia doktoranckie były wówczas czymś stosunkowo nowym. Stwarzały dużo możliwości „na papierze”, ale te możliwości nie otwierały się bez nacisku. Przykładowo, doktoranci „mogli” otrzymywać stypendia, ale „mogli” nie oznaczało, że musieli, więc nie dostawali. Część z nas miała doświadczenie studiowania w innych krajach europejskich, więc wiedzieliśmy, że warunki studiowania mogą być lepsze.
Pierwsze działania Piotra oraz grupy, do której należał, wynikały właśnie z potrzeby poprawy ich własnej sytuacji, ponieważ jako doktoranci — co nie uległo wciąż poprawie — nie byli już studentami i nie byli jeszcze pracownikami.
Najpierw działaliśmy na zasadzie, że jeśli chcesz kiedyś pomagać innym, to musisz umieć pomóc sobie. Organizacja, jaką powołaliśmy w 2008 roku, nazywała się OKUPÉ – Otwarty Komitet Uwalniania Przestrzeni Edukacyjnych. I to był duch czasów, czyli aspiracje do podjęcia taktyki okupacji. Do czego nie doszło, bo takie „policzenie się”, mogło nie wyjść na naszą korzyść. Oprócz tego wchodziliśmy do samorządu doktorantów, a niektóre działania podejmowaliśmy pod szyldem koła naukowego.
Należy tutaj wspomnieć, że choć okupacje w tamtym okresie nie były wykorzystywaną strategią walki w Polsce, stosowali ją niemieccy, chorwaccy czy austriaccy studenci, protestując przeciwko Procesowi Bolońskiemu, mającemu zapewnić, pod płaszczem większej spójności systemów edukacji w całej Europie, również większą komercjalizację nauki, otwarcie na biznes i korporacyjne funkcjonowanie uniwersytetów.
Pytając Piotra o strategie OKUPÉ i wspierających ją osób, zadziwia intensywność ich działania, przy jednoczesnym braku zainteresowania mediów głosem studentek i studentów. Gdyby nie artykuł napisany przez Piotra Kowzana i Magdalenę Prusinowską, prawdopodobnie nie czytałybyście tekstu o protestach przeciwko „Reformach Kudryckiej”.
W zasadzie to organizowaliśmy różne działania, w tym protesty i różne prowokacje o nieokreślonym charakterze. Wykorzystywaliśmy wszelkie narzędzia, które wpadały nam w ręce, żeby sprawiać kłopot. Był to dla nas czas bardzo intensywnego życia społecznego. W reakcji na odpowiedź, że nie ma środków na stypendia, zaczęliśmy atakować wszystko wokół, co wydawało nam się marnotrawstwem. Szybko okazało się, że takich spraw jest dużo i szybko przechodzimy z poziomu lokalnego rozpoznania na poziom ogólnopolski i międzynarodowy. Sprawą ogólnopolską były założenia reformy Kudryckiej. A sprawą międzynarodową – krytyka komercjalizacji edukacji i całego procesu bolońskiego, czyli paradoksalnie procesu, który umożliwił nam stanie się doktorantami.
Na pytanie jak protestowali w 2009 roku, odpowiada:
Lokalnie, w Gdańsku, całkiem kampusowo protestowali studenci, doktoranci i głównie młodzi pracownicy naukowi. Od petycji i ich wręczaniu rektorowi, przez zakłócanie wystąpień ministry edukacji i rektora, po niejawne zakłócanie życia codziennego instytucji, np. rozmieszczanie fejkowych kamer czy blokowanie wejścia na kampus. Ale była też działalność propagandowa, czyli spotkania tematyczne i różne mikro-publikacje, wypuszczaliśmy gazetkę !reVolt. Napięcia ze strażą uniwersytecką były codziennością. Ocierało się to o komisję dyscyplinarną. Jednocześnie ścieraliśmy się w samorządzie z doktorantami innych wydziałów, którzy czasami mieli zupełnie inne potrzeby i wizję uniwersytetu. Dużo pisania, majstrowania przy regulaminach, żeby służyły, zamiast być barierą w dostępie do zasobów.
Jak zaznaczył w naszej rozmowie Piotr, protestowało kilka osób mocno zaangażowanych, kilkanaście, na które można było liczyć i kilkadziesiąt, które z łatwością dawało się szybko zaprosić. W naszej rozmowie zwrócił jednak uwagę na to, że rekrutowanie nowych, zaangażowanych osób była problematyczne.
Już pierwsze akcje typu flashmobowego pokazały, że trudno liczyć na to, że ludzie spontanicznie dołączą do nas. Ale społeczność akademicka uwielbia petycje i listy otwarte. Co więcej, przejmuje się liczbą podpisów.
Ciekawym aspektem wydawał nam się również odbiór protestów przez społeczność akademicką:
Strategiczną odpowiedzią uczelni, oprócz zdenerwowania, że komunikacja nie odbywa się jakimś rzekomo normalnym trybem, była kooptacja. Kolektywne działania o takim szerokim spektrum powodowały, że poznawaliśmy instytucję coraz lepiej. Czasem coś udawało się załatwić, poprawić, więc sami pracownicy przychodzili i podpowiadali, gdzie szukać i co może dałoby się ruszyć.
Pozostaje pytanie: czy tak stosunkowo duża ilość protestów, nieutrudniających jednak życia władzom, coś zmieniła?
Tak, pojawiło się w końcu kilka stypendiów. Zostało też jakieś poczucie mocy.
Protesty przeciwko Ustawie 2.0
Akademicki Komitet Protestacyjny to nazwa, którą kojarzy dziś mało który student. Trochę więcej z nas słyszało o Komitecie Kryzysowym Humanistyki Polskiej, a okupacja rektoratu Uniwersytetu Warszawskiego z 2018 przeciwko reformie Gowina mówi coś prawie każdemu, kto spędza swój czas na uczelni. Protest ten, mimo że tamten zryw poniósł klęskę, okazuje się być skarbnicą wiedzy na temat uczelnianej polityki i świadectwem swoich czasów. Zagłębiając się w odmęty Facebooka, który chcąc nie chcąc stał się archiwum ruchu studenckiego późnych millenialsów, trudno nie być pod wrażeniem. Protesty przeciwko Ustawie 2.0, czyli reformie Gowina, były publicznie popierane przez takie instytucje, jak Solidarność i rozmaite instytuty i wydziały uczelni w całym kraju. Okupowanych było sześć uczelni, m.in. Uniwersytet Łódzki. Bez wdawania się w szczegóły, skupmy się na warszawskiej okupacji Pałacu Kazimierzowskiego, która stała się symbolem sprzeciwu wobec obowiązującej dziś ustawy Prawo o Szkolnictwie Wyższym i Nauce. Trwała ona od 5 do 15 czerwca 2018 r. W związku z odroczeniem sejmowego głosowania nad projektem ustawy o miesiąc podjęto decyzję o zawieszeniu akcji, jednak nigdy nie została ona wznowiona. Podczas jej trwania studenci i studentki zajmowali balkon i piętro rektoratu, odbywały się wykłady i warsztaty. W perspektywie innych studenckich protestów okupacja Pałacu cechowała się mocno podkreślaną ahierarchicznością w podejmowaniu decyzji i brak deklarowanej przynależności do lewej ani prawej strony politycznego spektrum. Okupujący pokojowo zajęli balkon i szybko nawiązali negocjacje z władzami, które ze względu na charakter protestu nie dokonały większej eskalacji. Lokalizacja, o ile dobrze eksponowana na kampusie i medialnie atrakcyjna, stanowiła wyzwanie, ponieważ kampus był zamykany na noc. Finalnie w związku z odroczeniem sejmowego głosowania nad projektem ustawy o miesiąc podjęto decyzję o zawieszeniu akcji, jednak nigdy nie została ona wznowiona. Mimo organizatora-słupa, jaki stanowił szyld Akademickiego Komitetu Protestacyjnego, okupacja nie wywodziła się znikąd — jej studenccy inicjatorzy organizowali kilka lat wcześniej również nieformalną inicjatywę Uniwersytet Zaangażowany. Później z kolei, z gruzów zrywu przeciwko reformie Gowina wyrosło kilka kolejnych inicjatyw, jak Studencki Komitet Antyfaszystowski, czy Kolektyw Stop Bzdurom. Warto przytoczyć slogany z trzech banerów, które zawisły pierwszego dnia na balustradzie Pałacu: Samorządność naszą bronią, Żądamy demokratycznych uniwersytetów oraz Nie oddamy autonomii.
Co teraz?
Dzięki doświadczeniu ruchu związkowego, którego częścią są Koła Młodych Inicjatywy Pracowniczej, okupacje na Uniwersytetach, które udało nam się doprowadzić do zwycięstw, nie były działaniem na oślep. Nie zmienia to faktu, że nie mieliśmy przed sobą poradnika okupacji z poprzednich pokoleń ruchów studenckich, nie wiedzieliśmy, z jakim odbiorem spotkamy się ze strony mediów, władz uczelni czy policji. Możemy uznać to za eksperyment na żywym organizmie, którym jest społeczeństwo i wprawiające je w ruch wydarzenia. Wiedzieliśmy jedno — nasze działania musimy dobrze udokumentować. Dzięki pracy młodych osób zrzeszonych w związku nie tylko obroniliśmy Jowitę i Kamionkę, ożywiliśmy dyskusję nad sytuacją materialną studiujących, degradacją zasobów socjalnych uczelni, ale i napisaliśmy książkę będącą lekcją z przeprowadzonej w Jowicie okupacji, a materiały zebrane w Kamionce, wystarczą stanowczo na jej drugi tom i będą lekcją dla przyszłych działań naszych i ruchów zapoznających się z naszymi tekstami.
Dominika Lichańska, Adam Ochwat
