ozz inicjatywa pracownicza / mlodzi.ozzip.pl

Krótka historia kradzieży. Outsourcing na polskich uczelniach na przykładzie stołówek

Krótka historia kradzieży. Outsourcing na polskich uczelniach na przykładzie stołówek

Tekst jest częścią piątego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.

Outsourcing dotyczy zlecania zadań, które dotychczas były realizowane w przedsiębiorstwie, innym podmiotom poprzez wydzielenie ich ze struktury organizacyjnej. Jest to rozwiązanie podejmowane zazwyczaj w następstwie działań restrukturyzacyjnych.

Encyklopedia Zarządzania

 

Na uniwersytetach, które znamy, nic nie przypomina o tym, że zaledwie dwa pokolenia temu zaszła w nich strukturalna rewolucja. W toku transformacji ustrojowej można z perspektywy czasu śmiało powiedzieć, zmieniło się wszystko — może oprócz słownictwa, jakim się posługujemy, gdy o uniwersytecie mówimy. Jest uczelnia, są studenci i wykładowcy. Są zajęcia, rektor, dziekan i pani z sekretariatu. Aż trudno pomyśleć, że zaledwie 50 lat temu te słowa dotyczyły czegoś zupełnie innego, choć pozornie podobnego. By zrozumieć tę zmianę, musimy rozpatrzeć jedno ważne zjawisko – rozwój polskiego kapitalizmu po roku 1989. Wtedy jasne stanie się, kto i dlaczego zabrał nam stołówki z tanim jedzeniem, nowoczesne akademiki, a nawet stypendia. My, studenci, zostaliśmy i dalej jesteśmy okradani przez kompleksową sieć biznesmenów, skąpców, lobbystów i wielkich korporacji. A, jak się okaże na koniec – może być jeszcze o wiele gorzej, jeśli czegoś z tym nie zrobimy.

Trudno powiedzieć, kiedy rozpoczyna się nasza historia – w końcu polskie uniwersytety mają ponad 600-letnią historię. Najłatwiej będzie jednak przyjąć za cezurę niepodległość II RP i dwudziestolecie międzywojenne. Polska była wtedy krajem biednym i zacofanym. Studia w publicznych uniwersytetach były wysoko płatne i elitarne. Tuż przed wojną w Polsce kształciło się niespełna 50 000 studentów. Dziś jest to ok. 1,2 miliona, a populacja naszego kraju jest dziś tylko nieznacznie (o ok. 2 mln) wyższa. Studia i nauka były więc fenomenem bardzo odległym od tego, co znamy dziś. Weźmy na przykład instytucję stołówki, która przeszła najbardziej symptomatyczną ewolucję na przestrzeni ubiegłego stulecia:

„Kluczowym wydatkiem związanym ze studiowaniem w Warszawie było wyżywienie. Większość słuchaczy Uniwersytetu pochodzących z prowincji, którzy w przeciwieństwie do swych kolegów ze stolicy nie mogli liczyć na posiłki w domu, stołowała się w jadłodajniach prowadzonych przez organizacje samopomocowe lub dotowanych z myślą o studentach. Informator z początku lat. Wydany przez Centralę Bratnich Pomocy wymienia takich lokali, w większości umiejscowionych w domach akademickich. Jeden z nich znajdował się również na terenie głównego kampusu, w Gmachu Pomuzealnym. Ceny obiadów wahały się w nich od 60 groszy do 1,5 zł, serwowano także śniadania i kolacje”. (Dzieje UW 1915-1945, str. 348) 

Polska była wtedy, tak jak i dziś krajem o ustroju kapitalistycznym, który pomimo silnych ruchów lewicowych, nie był w stanie wprowadzać polityk państwa opiekuńczego. Sytuacja, którą możemy zaobserwować na podstawie powyższego cytatu, prezentuje się następująco: studentów nie było stać na życie w mieście, a ich potrzeby były w dużej mierze zaspokajane przez organizacje samopomocowe (przede wszystkim „Bratnia Pomoc”, w ramach której na wielu uczelniach, już od połowy XIX wieku, studenci zrzeszali się na zasadach spółdzielni) oraz charytatywne (głównie powiązane z kościołem). 

Głównym osiągnięciem Polski powojennej na uniwersytetach były właśnie inwestycje w infrastrukturę socjalną. „Punkty za pochodzenie” dla młodzieży chłopskiej i robotniczej to tylko jedna z komunistycznych zbrodni, które dotykały młodzież w czasach PRL – były to także setki stołówek, tysiące łóżek w akademikach i gwałtowny wzrost liczby studiujących, aż do ponad pół miliona w latach 80. PRL, przy całej swojej gospodarczej niewydolności, wprowadziła na polskie uczelnie standardy życia studenckiego, który umożliwił przecież bezprecedensowy i kompletnie dziś zatracony rozrost studenckiej kultury, zaangażowania intelektualnego i politycznego. W ramach gospodarki nakazowo-rozdzielczej, w strukturach uniwersytetów funkcjonowało zaplecze socjalne, które zapewniało godny byt setkom tysięcy studentów i pracowników uczelni. Zaniedbane, sprzedawane i burzone dziś akademiki były po wojnie budowane masowo, a celem tych inwestycji było umożliwienie studiowania i życia w sensownych, jak na ówczesne możliwości państwa, warunkach.

Outsourcing, czyli słowo-klucz w naszej walce o lepsze życie, na nasz grunt przyszedł de facto wraz z rokiem 1989, szerzej znany jako prywatyzacja. Powszechna, bezwzględna, ślepa, często nieuzasadniona, złodziejska prywatyzacja mienia państwowego. Historia prywatyzacji jest krótka, prosta i przykra. Wraz z wejściem w życie planu Balcerowicza nakłady na szkolnictwo wyższe zmalały po 1989 drastycznie i od tamtej pory dopiero niedawno przekroczyły 1% PKB. Model zarządzania uczelniami został, z systemu nakazowo-rozdzielczego, gdzie państwo dysponowało środkami i planowało budżet uczelni bardzo dokładnie, np. decydując o konkretnych inwestycjach, zmieniony na system quasi-rynkowy, gdzie resort wyznacza mniej lub bardziej konkretne cele dla uczelni i przyznaje mniej, lub bardziej uczciwie wyliczoną sumę środków – rektor z wykonawcy planu stał się czymś w rodzaju menedżera korporacji. Środki można było od tej pory rozdzielać dużo bardziej liberalnie, a właściwie zabierać, ponieważ subwencje dla uczelni w realnych liczbach w 1. połowie lat 90. spadały, a liczba studentów gwałtownie rosła. Masowo zwalniano pracowników administracyjnych, w związku z hiperinflacją wynagrodzenia malały. Praca wykładowcy była w czasie PRL posadą pożądaną, a od początku lat 90. staje się zajęciem niemal masochistycznym. Pracownicy pracują na wielu uczelniach naraz, szczególnie w placówkach prywatnych, które dzięki wysokim opłatom dla studentów mogły zaoferować lepsze pensje. Najłatwiej było wtedy przy okazji „uciąć” właśnie infrastrukturę socjalną – trudno było protestować, gdy stołówki podnajmowano ajentom, a akademiki przekazywano fundacjom w imię powszechnego zaciskania pasa dla dobra gospodarki. Oczywiście dziś, 30 lat później, gdy Polska nie jest już ani krajem biednym, ani zacofanym, na propozycje przywracania tych instytucji do gestii uczelni nie ma mowy – uniwersyteccy włodarze z przymrużeniem oka patrzą na takie „lewackie” propozycje ze strony studentów, którzy „komuny” nie pamiętają. A przypomnijmy, że nawet Leszek Balcerowicz mieszkał w śmierdzących, stalinowskich barakach, które ktoś śmiał nazwać akademikami, na warszawskim Osiedlu Przyjaźń. Tylko on jeden wie, czy korzystał wtedy ze zbrodniczej, taniej stołówki na koszt podatnika. 

Dochodzimy więc do sedna sprawy – co dokładnie zmienia się, gdy nasza przykładowa stołówka przechodzi w ręce prywatne? Całym zamysłem prywatyzacji usługi publicznej jest pozbycie się kosztów jej prowadzenia. Ze względu na ekonomiczny rozrachunek, a także strukturę finansowania szkolnictwa wyższego, ministerstwo nie dotuje funkcjonowania stołówek ani akademików. Przysłowiowy rektor staje przed wyborem: prowadzić działalność, do której trzeba dokładać (ze względu na niskie ceny, których oczekuje się od publicznej stołówki), czy wynająć lokal ajentowi, zrzec się wszelkiej odpowiedzialności za jakość świadczonych usług czy warunki pracy, i przy tym jeszcze zarobić na czynszu? Wybór jest banalny. W przypadku stołówek prywatyzacja przebiegła błyskawicznie, ponieważ nikt właściwie nie miał świadomości, jakie konsekwencje może mieć taka niepozorna zmiana – lokale dalej sprzedawały jedzenie, a wiele z nich zostało przez nowych ajentów wyremontowanych. W przypadku akademików trzeba było dodać jeszcze jeden krok, ponieważ nie do pomyślenia było je po prostu pozamykać. Starano się podwyższać czynsze i pokrywać w ten sposób koszty remontów, lecz spotykało się to początkowo z protestami ze strony studentów. Niektóre uczelnie przekazały akademiki w dzierżawę różnym, mniej lub bardziej szemranym, fundacjom samorządów studenckich (jest tak do dziś m.in. na UJ), dzięki czemu pozbyto się części odpowiedzialności i kosztów administracyjnych. Koniec końców na wielu mniejszych uczelniach akademiki zostały po prostu do tego stopnia zaniedbane, że dekadę później można było je po prostu wyburzyć, ponieważ nikt nie chciał w nich mieszkać. W przypadku akademików możemy mówić przede wszystkim o czymś, co można nazwać  „pośrednim” outsourcingiem – uczelnia nie podpisuje żadnej umowy, ani w ogóle nie przejmuje się szukaniem wykonawcy usługi, jaką jest zapewnienie studentom mieszkań. Po prostu, w sytuacji ciągłego, skrajnego niedoboru miejsc w akademikach i ich niskiego standardu, studenci są od dekad zmuszani do szukania mieszkań na wolnym rynku, co doprowadza do powstawania takich potworków, jak Student Depot, czy Unite Students, co jest szczególne widoczne na zachodzie. W Wielkiej Brytanii ta druga spółka jest wyceniana na 4.11 miliarda funtów, zajmując się tylko i wyłącznie budowaniem i zarządzaniem akademikami. Na przeciętnej angielskiej uczelni wraz z listem o przyjęciu na studia dostaniemy ofertę akademików tej prywatnej firmy – uczelnia gwarantuje studentom miejsce w jednym z prywatnych akademików, jednocześnie nic na tym nie zarabiając. Jednoosobowe studio w warszawskim Student Depot, który należy do jednej z największych spółek deweloperskich na świecie, kosztuje dziś 2890 złotych za 16m2, będąc jednocześnie w pełni wyposażonym najtańszymi meblami z Ikei. Czy rzeczywiście jest to usługa 6 razy lepsza niż w publicznym akademiku Politechniki, na co wskazuje ustalona przez niewidzialną rękę rynku cena? Czy być może widzialny but deweloperów dociska studentów do ziemi? Uniwersytet Warszawski zarabia na wynajmowaniu przestrzeni piekarni, która w zamian oferuje studentom zniżkę 10% na kawę, mimo że czasy zaciskania pasa dawno już minęły. Budujemy gmachy za miliardy, a nie do przełknięcia dla naszych włodarzy jest dofinansowywanie publicznych usług, które traktują jak wyrzucanie pieniędzy w błoto. Rektor nie musi jednak przełykać różnicy między zupą ze stołówki za 6 złotych a prywatną zupą krem premium za złotych 18.  Żaden racjonalny przedsiębiorca nie będzie prowadził taniej stołówki, ponieważ jest to sprzeczne z zasadami rynku, o czym wiemy wszyscy. Nikt też nie zgłosi się w przetargu ze sztywno ustalonymi cenami, pewnie nawet przy zerowym czynszu. Tak samo ma się sprawa stypendiów, które są waloryzowane o wiele rzadziej, niż uzasadniałaby to inflacja – w rzeczywistości przyznaje się coraz mniej, coraz niższych stypendiów (z ciekawym wyjątkiem hojnych stypendiów dla olimpijczyków, za pomocą których m.in. UJ i UW starają się konkurować o maturzystów).

To, co zaszło na przestrzeni ostatnich 35 lat, to ciekawa zmiana w myśleniu o uniwersytecie. Z jednej strony widzimy liberalnych polityków i rektorów, którzy uważają uczelnię za fabrykę, która powinna maksymalizować zyski (mierzone rankingami) i minimalizować koszty (ponieważ z pieniędzy podatnika można tylko wypłacać pensje ministrom posłom i rektorom). Za to z drugiej mamy studentów i pracowników, dla których uczelnia stała się miejscem nieprzyjaznym, jeśli nie wrogim. Pensje są marne, stypendia niskie, a mieszkać w akademiku może kilka procent studentów. Jedzenie na mieście jest drogie, tak samo jak mieszkania na rynku prywatnym. Wszystko staje się jasne, jeśli weźmiemy pod uwagę to, co działo się pod koniec lat 90. – ze strony ministerstwa oraz środowisk rektorskich wysuwane były jasne postulaty wprowadzenia powszechnej odpłatności za studia, wraz z systemem kredytów. Elity tamtych czasów (szczególnie partia AWS, KRASP i minister Handke) chciały importować system znany nam m.in. z Wielkiej Brytanii. Nieodpłatne studia miały być w tej wizji przywilejem dla najlepszych studentów. Rzadkim w krótkiej historii III RP szczęśliwym przypadkiem jest to, że te projekty nie doszły do skutku, ze względu na m.in. treść uchwalonej w 1997 konstytucji oraz protesty studentów. 

Publiczna stołówka to przede wszystkim wyznacznik ideologii, która przyświeca współczesnemu uniwersytetowi. Protestując, negocjujemy z władzami warunki naszej wspólnoty. Publiczna stołówka to postulat wsparcia dla wszystkich i przeciwdziałania elitaryzacji uczelni. Publiczna stołówka to minimalizacja skutków „punktów za pochodzenie” dla osób z bogatych rodzin i wyrównywanie szans na akademicki sukces dla wszystkich. Wbrew temu co twierdzą liberalni politycy i filozofowie, nie jesteśmy identycznymi ludzikami z klocków LEGO, których życie zależy od samozaparcia i ciężkiej pracy (a przynajmniej nie chcemy nimi być). Publiczna stołówka, publiczna biblioteka, publiczna toaleta i publiczny akademik to po prostu namiastka sprawiedliwości społecznej.

 

Adam Ochwat

Newsletter
Chcesz być na bieżąco?
Przywróćmy stołówki – akcja