Gdzie się podziały stołówki?
19 V 2025 19 maja 2025
Tekst jest częścią piątego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
Stołówki prowadzone przez uczelnie są dzisiaj reliktem przeszłości, o których przeciętny student dowiaduje się z opowieści. Widok prywatnych lokali gastronomicznych na wydziałach nie szokuje, jest częścią uniwersyteckiego krajobrazu, którego nie przywykliśmy podważać. Nierzadko spotykamy się z przekonaniem, że biznesy te na pewno są stołówkami — w końcu działają na wydziale i stołują się tam studenci. Podczas rozmów ze studentami jesteśmy posłańcami złej nowiny: nie, to nie jest stołówka. Tu nie ma stołówek — zabrano je nam.
Za czasów Polski Ludowej prowadzenie stołówki przez uczelnię było oczywistością. Szkoły wyższe postrzegano nie jako firmy świadczące usługi (np. wydawanie tytułów i dyplomów), lecz jako instytucje posiadające obowiązek prowadzenia odpowiedzialnej polityki socjalnej, która czyniła studiowanie bardziej dostępnym. Jedzenie i czynsze, czyli to, co studentów kosztuje najwięcej, nie było odpowiedzialnością zatomizowanej jednostki zostawionej na pastwę losu. To wtedy młodzieży pochodzenia robotniczego i chłopskiego otwarto drzwi do edukacji wyższej, które wcześniej były szczelnie zamknięte dla biedoty. Nie zostawiajmy złudzeń: stołówki te były dalekie od ideału, a serwowane tam posiłki pozostawiały wiele do życzenia, jednak fakt ich powszechności zmusza nas do dostrzeżenia pewnych procesów, które zaszły w szkolnictwie wyższym — prywatyzacji i komercjalizacji uniwersytetów.
Gdy na początku lat 90 rozpoczęto tzw. terapię szokową, nie ominęła ona nauki, którą szybko podporządkowano pojęciu doskonałości badawczej i biznesowi. Transformacja ustrojowa przyniosła nam prywatne szkoły wyższe, wzrastające opłaty w akademikach i zamykanie stołówek. Poprzednie pokolenie musiało już i tak łączyć studia z pracą zarobkową, ale nad ich głowami zawisło widmo płatnych studiów. W odpowiedzi na brutalną politykę III RP studenci nie pozostawali bierni i strajkowali — okupowali, organizowali głodówki, nie płacili czynszów w akademikach. Balcerowiczowski szok zostawił ślady na infrastrukturze naszych uczelni, przez które dzisiaj głodujemy ponownie, jednak nie z własnej woli. Logika ostatniej dekady ubiegłego wieku, według której studenci muszą dorosnąć i przestać oczekiwać podania wszystkiego na tacy pod ich nosy, nadal jest wśród nas. Widzimy ją w polityce władz rektorskich, postawach chorych na dziecięcy antykomunizm profesorów i rządach państwa. Po co dbać o bezpieczeństwo materialne społeczeństwa, jeśli jesteśmy grupą wolnych atomów, które dzięki własnej „ciężkiej pracy” osiągną sukces?
Dzisiaj jesteśmy otoczeni bistrami, zwodniczo nazywanymi stołówkami, automatami, dzięki którym możemy zaopatrzyć się w Coca-Colę i 7Daysa, ale też mikrofalówkami. Tworzenie przestrzeni socjalnych, choć potrzebnych do odpoczynku, służy raczej zamiataniu pod dywan problemu z dostępnością do taniego jedzenia. Student nie ma prawa narzekać na brak możliwości zjedzenia posiłku, jeśli może go odgrzać na wydziale. Samorządy studenckie reklamują promocje w Żabce Nano i nawiązują współprace ze Starbucksem, a kanclerz próbuje kusić kuchniami z całego świata. Przedsiębiorcy prowadzący gastronomiczne biznesy na uczelniach dostają upust na czynsz, podczas gdy władze uczelni kłamią i kontynuują prywatyzację usług publicznych za pomocą outsourcingu. Wpływ polityki socjalnej uniwersytetów na nasze życia jest kolosalny — brak wspólnych przestrzeni i grupowych posiłków pogłębia poczucie izolacji, a w konsekwencji przekonanie, że jest się jedynie chodzącym numerem albumu, którego celem jest obrona pracy dyplomowej. Zdaje się, że żyjemy w dystopii. Odrzućmy jednak defetyzm i spójrzmy na tę kwestię z politycznej perspektywy.
Sprawa stołówek ma potencjał organizacyjny, który musi zostać przez nas spożytkowany. W obliczu rosnących kosztów życia znajdujemy się w momencie pozwalającym nam rozwinąć swój instynkt klasowy i zorganizować się wokół kwestii tak banalnej, jak tanie posiłki. Należy przełamać bierność studentów i przenieść swoje oburzenie z poziomu internetowych przestrzeni na aktywny opór. Listy i apele to dopiero nieśmiały początek — wachlarz narzędzi, z których możemy skorzystać, jest pokaźny i różnorodny. Studenci nie muszą być liśćmi na wietrze, które nie mają wpływu na swój los. Rozumiemy, że bojowych postaw nie wykształcimy wśród naszego otoczenia z dnia na dzień. Nie dziwią nas legalistyczne zapędy i oczekiwanie od działaczy „załatwienia” sprawy, jednak występujemy przeciwko nim na rzecz bojowości i bezkompromisowości. A tylko poprzez radykalne działanie i prawdziwą współpracę jesteśmy w stanie wykreować wspólnotę. Nie bójmy się mówić: stołówki się nam po prostu należą. Czas na publiczne stołówki w całej Polsce.
Gabriela Wilczyńska
