Czym skutkuje prywatyzacja rynku akademików?
15 V 2023 15 maja 2023
Tekst jest częścią pierwszego numeru Alarmu Studenckiego. Chcesz nas wesprzeć? Wpłać na zrzutkę, dzięki której wydajemy naszą gazetę.
Mogłoby się wydawać, że prywatyzacja rynku akademików nie jest radykalną zmianą — po prostu mieszkaniami zacznie zarządzać inna instytucja. Jednak różnica perspektyw między uczelnią publiczną a międzynarodowym deweloperem jest rażąca — ten drugi nie kieruje się niczym, oprócz maksymalizacji zysków.
Prywatny „akademik” ma odmienną od publicznego grupę docelową, mianowicie klientów. Jedynym kryterium korzystania z niego jest zdolność pokrycia arbitralnie ustalonej ceny, nawet dwa razy wyższej niż w uczelnianym akademiku.
Firmy pokroju Student Depot zajmują się w rzeczywistości budowaniem mikrokawalerek poniżej legalnych wymogów powierzchni oraz bardzo wyrafinowanym marketingiem.
Najgorsze, co miasto i uczelnia mogą zrobić, to dać im przestrzeń do rozwoju w centrum, gdzie windowanie cen i gentryfikacja będą jeszcze łatwiejsze. Akademiki powinny przede wszystkim umożliwiać studiowanie osobom, których nie stać na wynajem na wolnym rynku, a nie stać się modniejszą alternatywą dla PRL-owskich kawalerek.
W jaki sposób prywatne „akademiki” mogą rentownie funkcjonować? Jedynie przez poszerzanie swojego rynku i pozbywanie się alternatyw. Za cichym przyzwoleniem władz uczelnianych mogą one szybko wygryźć publiczne akademiki, zmuszając polegające na nich osoby do zwiększenia wymiaru pracy zarobkowej lub porzucenia studiów na rzecz pracy w ogóle. Może też dojść do sytuacji znanej z Wielkiej Brytanii, gdzie właściciele wykorzystują kredyty studenckie, które „rozdaje” państwo, pożerając je poprzez rosnące czynsze. W tym przypadku popularna w mediach troska o inflację jednoznacznie sugeruje rozwijanie zasobu akademików publicznych.
Równowaga na rynku akademików jest iluzją. Nowoczesne akademiki o odpowiednim standardzie będą wybierane przez coraz więcej osób, o ile będą istnieć. Kto nie chciałby oszczędzić sobie ryzyka uciążliwego właściciela, umów najmu okazjonalnego, czy kosmicznych czynszów, gdy uczelnia może spełnić nasze oczekiwania bez motywu ślepego zysku?
Akademiki stanowią nieodłączną część kultury studenckiej. Te należące do uniwersytetów zapewniają społeczności studenckiej wpływ na ich funkcjonowanie, poprzez np. rady mieszkańców. Prywatna deweloperka nie jest dobrem wspólnym. Nie sprzyja ona pielęgnowaniu więzi społecznych, zamiast tego przyzwyczaja młodych do funkcjonowania w bezdusznym paradygmacie mieszkania jako doraźnej usługi.
Zwalnianie części studentów i studentek z najmu prywatnego na rzecz akademików zaspokaja ich popyt na mieszkania, co może pozytywnie wpłynąć na poziom cen na całym rynku. Budowanie kolejnych akademików będzie wiązało się z oszczędzaniem w innych sektorach, ale wiele uczelni od lat funkcjonuje ponad swoje możliwości, zaniedbując sferę socjalną. Władze uczelniane w całym kraju muszą pogodzić się z tą zmianą priorytetów — potrzebujemy publicznych akademików bardziej niż kiedykolwiek.
Kanclerz UAM stwierdził, że chociaż prywatne akademiki są drogie, to zgodnie z „regułą popytu i podaży” ich ceny powinne się urealnić lub pojawią się tańsze warianty.
Nieruchomości nie zachowują się jednak jak każdy inny towar; nie zepsują się, jeśli nie zostaną w porę sprzedane, ani nie znajdziemy dla nich substytutu jeżeli cena będzie dla nas zbyt wysoka. Akademiki są tańszą alternatywą dla mieszkań z wolnego rynku, a co ważniejsze, właściwie jedyną.
Wolny rynek skazuje nas na minimalne stawki i jeszcze mniejsze metraże. W pojedynkę mamy nikłą siłę przetargową, ale razem możemy zdziałać naprawdę wiele. Nie chcemy mchu chrobotka na ścianach ani sojowego latte pod drzwi. Chcemy tanich mieszkań o rozsądnym standardzie i lokalizacji, aby móc poświęcać więcej czasu na naukę i budowanie relacji.
Adam Ochwat
