Nie taka świecka ta szkoła. O religijnej indoktrynacji w polskiej edukacji
12 kwietnia 2026
Tekst, który przeczytacie poniżej, jest częścią serii Kościół, lewica, konflikt, w toku której publikujemy opiniotwórcze teksty na temat kwestii związanych z ideologią i polityką kościoła katolickiego.
Wrzesień, rok 2002
Przyszedłem na świat w Gdańsku jako syn wtedy jeszcze w miarę młodych studentów. Otwarcie deklarowali ateizm. Nie chodzili do kościoła, nie obchodzili większości świąt. Mimo że żyli w uchodzącej za „progresywną” części Polski, wielokrotnie spotykali się z niechęcią i szykanami ze względu na swoje poglądy.
Listopad, rok 2004
Mam dwa lata. Jestem w kościele z młodszym o rok bratem. Przyjmujemy chrzest. Rodzice ulegli naciskom krewnych, które zaczęły się zaraz po moich narodzinach. Członkowie rodziny nawet sami nie byli praktykującymi katolikami – mimo to nalegali, abyśmy przyjęli ten sakrament. „Tak wypada”, „co inni ludzie powiedzą”. Matka do dzisiaj odczuwa z tego powodu poczucie winy.
Październik, rok 2007
W przedszkolu, do którego uczęszczam, odbywają się właśnie zajęcia z religii. Zostałem na nie oczywiście zapisany automatycznie. Kiedy prowadząca zajęcia siostra zakonna dowiaduje się, że moi rodzice są ateistami, wygłasza długą tyradę, w której z graficznymi szczegółami opisuje, co czeka moją matkę i mojego ojca po śmierci. Nie brakowało w niej również deklaracji, że to samo czeka mnie, jeśli pójdę w ich ślady. Tej nocy – i przez kilka kolejnych – nie jestem w stanie zasnąć przez płacz.
Styczeń, rok 2011
Jestem w połowie trzeciej klasy szkoły podstawowej. Rozmawiam ze starszymi kolegami o nadchodzącej pierwszej komunii. Kiedy słyszą, że do niej nie przystąpię, zaczynają mi opowiadać o wszystkich „konsekwencjach”, jakim będę musiał stawić czoła: gorsze oceny z zachowania, problemy w szkole, nawet niezdanie klasy.
Grudzień, rok 2012
Na lekcji muzyki uczymy się „Roty”. Mam opory przed śpiewaniem wersu „Tak nam dopomóż Bóg!” z powodu moich poglądów. Nauczycielka reaguje oburzeniem. Zostaję okrzyczany i oskarżony o brak szacunku — wobec niej i „polskiej kultury”. Przestraszony i tym bardziej nie chcąc już śpiewać staję przy swoim. Dostaję naganną ocenę, do domu wracam z uwagą.
Kwiecień, rok 2013
Z okazji rocznicy śmierci Jana Pawła II zostaje zorganizowany – jak co roku – apel szkolny. Po raz pierwszy odmawiamy z bratem udziału. Po kilku minutach różnych sposobów przekonywania, czy to groźbą, czy prośbą, grono nauczycielskie odpuszcza. Zostajemy pozostawieni sami w bibliotece i przez godzinę siedzimy tam bezczynnie, podczas gdy reszta szkoły uczestniczy w uroczystości.
Wrzesień, rok 2015
Z powodu problemów w publicznej szkole rodzice przenoszą nas do prywatnego gimnazjum. Zdecydowali się na placówkę, w której lekcje prowadzono po angielsku, a wśród uczniów znaczącą część (nawet 40%) stanowiły osoby z zagranicy. Takie, które nie mówiły po polsku i nie były chrześcijanami, o katolicyzmie nie wspominając. Mimo to w programie jest tylko religia, nie ma alternatyw w postaci lekcji etyki – brakuje nauczycieli. Cieszymy się z bratem, że nasza matka nie musi walczyć o to, by religia nie była w środku dnia.
„Inni mają gorzej”
Takich sytuacji było więcej – większych i mniejszych. Docinki, krzywe spojrzenia, prychnięcia czy politowanie towarzyszą mi, od kiedy pamiętam. Moje poglądy i charakter zostały w sporej części ukształtowane przez to, jak byłem traktowany ze względu na bycie ateistą przez osoby z mojego otoczenia i przez system oświaty. Sposób, w jaki odnoszono się do małego mnie, nacisk i parcie ze strony rówieśników i tych, którzy mieli stanowić dla mnie autorytet, odbijają się głośnym echem na mnie do dzisiaj. Nawet teraz – pisząc te słowa i będąc świadomy, że żaden młody, kształtujący się człowiek, nie powinien doświadczać tego, czego doświadczyłem ja – zadaję sobie pytanie: „Czy na pewno jestem odpowiednią osobą do pisania takiego tekstu?” Nie mogę się powstrzymać od zastanawiania się, czy „nie przesadzam” i czy moje doświadczenia są jakkolwiek nadzwyczajne, godne uwagi. Patrząc z perspektywy wielu młodych niewierzących w Polsce, można dojść do wniosku, że miałem olbrzymie szczęście.
Jako ateista dorastałem z najbliższą rodziną, która moje poglądy podzielała. Choć czułem się bardzo często obco wśród moich rówieśników, żyłem w świadomości, że w domu znajdę pod tym względem zrozumienie i współczucie. Że mogę wrócić ze szkoły i podczas obiadu opowiedzieć o tym matce czy ojcu, razem się pośmiać i ponarzekać. Moi rodzice też byli gotowi walczyć za mnie, w moim imieniu stawiać czoła tym przeciwnościom. Ile innych osób może powiedzieć to samo? Ilu młodych ateistów i ateistek było bitych, wyzywanych, pozbawionych jakiejkolwiek siatki wsparcia? Ilu zostało odrzuconych przez osoby, które mają je chronić i kochać? Czasami wydaje mi się, że to przez co przeszedłem, to nic. Że w ogólnym rozrachunku moje traumy nie mają aż takiego znaczenia. Według mnie to dosyć smutny wniosek.
Właśnie patrząc na to, że moje doświadczenia nie uchodzą za złe, ukazuje się naszym oczom systemowa patologia systemu edukacji. Szkoła ma zapewniać dzieciom i młodzieży nie tylko edukację, ale również wsparcie, bezpieczną przystań. Gdy ktoś ze względu na swoje wyznanie lub jego brak jest w domu traktowany nieludzko, to właśnie rolą szkoły powinno być zareagowanie i zapobieganie takim sytuacjom. Mimo to, w naszym kraju placówki edukacyjne często stają się narzędziem, przez które takie sytuacje się pogłębiają. Indoktrynacja – bo ciężko ten stan rzeczy inaczej nazwać – zaczyna się od najmłodszych lat, a osoby, które stawiają opór, spotykają się z wrogością. Żyjemy w nominalnie świeckim państwie, a wciąż w szkołach dyskryminacja ze względu na poglądy religijne jest nie tylko bagatelizowana i lekceważona, a uskuteczniana przez same te instytucje, które powinny jej zapobiegać. Boję się myśleć o tym, gdzie bym dzisiaj był, gdybym miał większego pecha.
Co z tym wszystkim mamy zrobić? Ktoś mógłby powiedzieć, że to nie problem systemu edukacji, tylko jednostek, które kształcą w jego ramach. Że wystarczyłoby wymienić kadrę i wszystko by się rozwiązało. To zdecydowanie nieprawda. Problem jest bardzo głęboko zakorzeniony w samej strukturze naszych szkół. Były one od samego początku projektowane po części w celu rozpowszechniania katolicyzmu. Objawia się to na każdym szczeblu edukacji, od przedszkola, gdzie w niektórych publicznych placówkach są grupy w dużej mierze prowadzone przez członków kleru, aż po studia gdzie uczelnie religijne oraz „naukowe” czasopisma katolickie są traktowane w sposób preferencyjny. Gdy młoda III RP się dopiero kształtowała, osoby odpowiedzialne za jej ideologiczne ramy, świadomie podjęły takie, a nie inne decyzje. Podczas pisania konstytucji, podczas podpisywania konkordatu i potem podczas kształtowania szkolnictwa, nowa Polska zawsze „miała na uwadze”, by wpleść ten wątek katolicki. Istniało realne parcie ideologiczne, by właśnie ze szkolnictwa uczynić „podatny grunt” na promowanie wiary. I choć konstytucja jasno stanowi, że „Kościoły i inne związki wyznaniowe są równouprawnione”, to nawet w tym samym artykule wiara katolicka jest wyróżniona osobnym ustępem od „innych kościołów oraz związków wyznaniowych”.
Ciężko mi dywagować nad przyczyną takiego stanu rzeczy; podejrzewam, że to jest swego rodzaju reakcja na większą świeckość w PRL. Jakiekolwiek jednak powody, tak tego problemu nie da się zignorować czy przeczekać, gdyż jest on wyryty w same fundamenty naszej edukacji. Jeśli nie chcemy, aby przyszłe pokolenia przechodziły przez to samo i zamiast tego mogły świadomie wybrać, w co wierzą, musimy w całości zmienić podejście do obecności kościoła w oświacie. Nie ma miejsca na religię w edukacji, tak publicznej, jak i prywatnej. Nie powinno być nauczania doktryny w godzinach lekcyjnych, rekolekcje nie powinny być organizowane w powszechne dni szkolne, duchowni nie powinni prowadzić uczelni, a państwo ich sowicie dofinansowywać. Skrótem: nie powinno się faworyzować konkretnych poglądów metafizycznych w placówkach oświaty. Można je opisywać, czy zapewniać przestrzeń na dyskusję, ale nic więcej. Bez tej fundamentalnej zmiany podejścia sytuacja się nie zmieni.
Mimo wszystko kończę pisać ten tekst z nadzieją. Z każdym kolejnym rokiem czuję się coraz bardziej ośmielony w tym, że moja „niewiara” jest czymś normalnym. Ateizm w przestrzeni publicznej jest coraz bardziej widoczny i coraz więcej podnosi się głosów sprzeciwu wobec pozycji kościoła nie tylko w edukacji ale i w państwie jako takim. Przed nami jest bardzo dużo ciężkiej pracy (zmienianie rzeczy nigdy nie jest łatwe), ale nie jest to powód, by się poddawać. Jeśli w coś wierzę to w to, że pozytywne zmiany nadejdą. Może nie jutro, nie pojutrze, i nie popojutrze, ale jeśli będziemy dalej o tym mówili, protestowali, oburzali się i pracowali nad tym, to lepsza przyszłość jest w zasięgu naszych rąk.
Jerzy Chryc-Gawrychowski
