Kto przeciwstawia się władzy – przeciwstawia się porządkowi Bożemu. Hierarchie w Kościele, na uczelni i w społeczeństwie
5 V 2026 5 maja 2026
Tekst, który przeczytacie poniżej, jest częścią serii Kościół, lewica, konflikt, w toku której publikujemy opiniotwórcze teksty na temat kwestii związanych z ideologią i polityką kościoła katolickiego.
W pierwszej chwili, gdy myślę o Kościele Katolickim, widzę w myślach dwa obrazy. Pierwszy – biblijny, ideowy, duchowy – przedstawia Kościół jako społeczność równą, połączoną wspólną wiarą i misją. Do obowiązków wiernych należy budowanie tej społeczności i pomoc bliźnim. Wreszcie niebo, czyli cel wszystkich wiernych, to społeczeństwo bezklasowe, wspólnota wolna od ziemskich ograniczeń i wszelkich hierarchii międzyludzkich. Drugi – realistyczny, opisujący polski Kościół – to bogate pałace biskupów, tuszowanie skandali pedofilskich, wpływowa pozycja hierarchów kościelnych we władzach państwowych i żelazny uścisk na poglądach Polaków i Polek. To obecność osób duchownych w szkołach i na uczelniach, to rzeczywistość prawna powstała w wyniku „kompromisu” z Kościołem (jak zakaz aborcji), to krzywdzące i napędzające nienawiść zdania padające z ambon, to strach przed reakcją rodziny i sąsiadów, gdy chce się jakoś Kościołowi postawić.
Jeśli kto mnie miłuje, słowa mojego przestrzegać będzie
Hierarchia w Kościele, choć być może niezgodna z religijnymi ideałami, jest bardzo skuteczna. Poddańczy stosunek wiernych względem księży i biskupów pełni funkcję kontrolną i konserwującą. Koncentruje władzę, pozwala akumulować kapitał i szkodzi tym, które nie mają szczęścia być w tej hierarchii wysoko. Symbolika mszy i architektury kościołów, modlitwy uczone na pamięć i model rodziny pozwalający na zdecentralizowaną naukę wiary – to wszystko narzędzia, które (poza swoją wartością duchową) służą podtrzymywaniu kościelnego systemu władzy. Ogromnie pomocne jest w tym państwo. Lekcje religii w szkołach to korzystanie z państwowych zasobów do religijnej indoktrynacji, a powszechna obecność symboli religijnych w przestrzeni publicznej podtrzymuje ideę fundamentalnego związku Kościoła i Polski. Wszystko to trzyma nas – osoby religijne, ale też niewierzące, choć kulturowo katolickie – w logice poddaństwa.
I to działa. Podejście to jest internalizowane i pozostaje w ludziach jak głęboka rana, nawet na lata po akcie apostazji. Wystarczy zauważyć, jak ważne są kościelne sakramenty, nawet dla osób niepraktykujących, albo w ogóle niewierzących. Ile razy pada w polskich rodzinach sformułowanie „bo co inni pomyślą?” jako argument, aby, choć się nie wierzy, wziąć ślub kościelny czy ochrzcić dziecko. Ile osób nie mówi swojej rodzinie o odejściu od wiary z powodu wstydu i strachu.
Duchowni na swoim
Kościół jest instytucją długiego trwania, która swoje bogactwa zbierała przez wieki. Obecnie posiada w Polsce ponad 150 tys. ha ziemi (ok. 0,5% powierzchni kraju), co czyni go drugim po Skarbie Państwa największym właścicielem ziemi. Majątek, skonfiskowany wcześniej przez PRL, był przekazywany nieodpłatnie na podstawie Ustawy o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego oraz przez Komisję Majątkową. W ten sposób wrócono do stanu sprzed 1939 roku. Wtedy Kościół, z podobną powierzchnią majątku, był największym posiadaczem ziemskim w kraju. Sprawa Osiedla Maltańskiego w Poznaniu, gdzie kościelne nieruchomości wyprzedaje się, nie zważając na jego mieszkańców, pokazuje jasno – interes Kościoła jest ważniejszy od lokatorów. Gdy pojawia się szansa, żeby ubić interes z deweloperem, to rola Kościoła – jako instytucji niosącej pomoc ubogim – schodzi na drugi plan. Decydenci państwowi i kościelni ręka w rękę chronią interesy najbogatszych, szkodząc klasie pracującej.
Bogato zdobione biskupie pałace wyglądają wręcz groteskowo, gdy raz do roku kuria zorganizuje śniadanie wielkanocne dla osób bezdomnych. Na nagraniach z takich akcji widać, jak niezręcznie biskupi odnajdują się w sytuacji, w której na chwilę muszą zrezygnować ze swojej pozycji władzy. Brakuje tylko, żeby ubrali się w swoje najbardziej złocone ornaty. Nie będę tu krytykował idei takich akcji charytatywnych. Ale jeżeli drzwi do twojego pałacu otwierają się raz czy dwa do roku, a ty podczas jednego z twoich religijnych zadań – pomocy potrzebującym – wyglądasz gorzej niż amerykańscy celebryci, próbujący się wybielić, rozdając wodę dzieciom w Afryce, to coś jest nie tak z twoją rolą zastępcy i wysłannika Chrystusa.
Świątynie Boga, świątynie Nauki
Wiele hierarchii obecnych w naszym życiu wprost pochodzi lub jest inspirowane hierarchią kościoła katolickiego. Ta, którą my znamy najlepiej z codziennego działania, czyli uczelniana, jest dokładną kserokopią kościelnej. Nic w tym dziwnego, gdyż pierwsze uniwersytety w Europie były w zasadzie instytucjami religijnymi. Tak jak kapłaństwo dostępne były tylko dla mężczyzn i tylko z wyższych klas. Codzienność uczelniana była niemal identyczna z tą zakonu. Odizolowane kampusy, odcięcie od reszty społeczeństwa w zamian za oddanie swojego życia idei (Nauce oprócz Boga) i dążenie do mistycznych doświadczeń, dalej duchowych, choć już nie stricte religijnych.
Nazwy zakonne przetrwały do dziś w nomenklaturze uniwersyteckiej: mamy dziekanów, magistrów, rektorów, kwesturę i katedry. W etymologii słowa doktorat, pochodzącego od licentia docendi (łac. pozwolenie na nauczanie), widać nasiąknięte religią symboliczne znaczenie tego etapu kariery naukowej. Zanim będzie można nauczać na uczelni, czyli wpuszczać w ten świat nowe osoby, trzeba zostać wyświęconym na kapłana lub kapłankę nauki.
Naleciałość kościelną widać przede wszystkim w uniwersyteckich zwyczajach-rytuałach. I tak rektora nazywamy Jego Magnificencją. Władze na specjalne okazje ubierają się w królewsko-kapłańskie gronostaje. W arkana wiedzy wpuszcza nas kapłan-profesor, a wykład w swojej symbolice przypomina liturgię mszy. Jeżeli ktoś nosi tytuł profesora, to zwrócić się doń można tylko z odpowiednią powagą i w żadnym wypadku nie wolno pominąć tytułu. Anegdotyczna, ale jednak obecna – reakcja oburzenia na błędną tytulaturę przypomina mi święty gniew duchownych, do których zwrócono się proszę Pana, zapominając, że nie jest to żaden Pan, a Ksiądz i tylko taki zwrot akceptuje. Zresztą, ten obowiązek tytułowania wylewa się znacznie szerzej poza świat akademicki i kościelny. Wciąż wiele osób publicznych przykłada niesmacznie dużą wagę do odpowiedniego zestawu osiągnięć, pełnionych stanowisk i tytułów przy każdym zwrocie do nich.
Zza Oceanu Atlantyckiego importowana jest ostatnimi laty legenda o uczelniach opanowanych przez neomarksizm kulturowy, czy bardziej modny ostatnio woke. W najczarniejszych opisach, które zakrawają na wizje apokaliptyczne, polskie uczelnie rządzone są przez lewicową inkwizycję, wyrzucającą z uczelni krzywomyślących prawicowców i konserwatystów, a studenckie mózgi prane są przez posłuszną religii tolerancji i współczucia kadrę. Jak na wielki atak ze strony progresywistów, konserwatywni, religijni naukowcy mają się na uczelniach zaskakująco dobrze. Mają dominujące pozycje, autorytet i wpływ na opinię publiczną. Taki stan rzeczy nie powinien szokować, hierarchia uczelniana jest konserwatywna w tym sensie, że utrzymuje status quo, a osoby, które jako cnotę widzą brak zmiany – w środowisku odnajdą się świetnie. Zupełnie niepasującej do polskich realiów narracji o liberalno-lewicowym potrzasku, w którym rzekomo znajdują się polskie uczelnie, można przeciwstawić bardzo wygodną pozycję zajmowaną przez duchownych na polskich uczelniach. Widać to zwłaszcza na wydziałach teologicznych (które wciąż trzymają się na niektórych publicznych uczelniach, np. Uniwersytecie Adama Mickiewicza czy Uniwersytecie Śląskim), ale też na tych „świeckich”.
Władza, która nie pochodzi od Boga
Wbrew ostrzeżeniu, które w tytule tekstu kieruje do nas św. Paweł – musimy przeciwstawiać się władzy. Ekonomicznej władzy kapitału (której Kościołowi też nie brakuje), ale również tej miękkiej, ideologicznej, często nie mniej szkodliwej. Katolicyzm pozostaje w Polsce narzędziem wzmacniania władzy i kontroli sprzeciwu. Polski Kościół nie urzeczywistnia ideałów pewnego rewolucyjnego myśliciela, urodzonego dwa tysiące lat temu w Palestynie. Hierarchie, mające swój początek w tym wykrzywionym obrazie religii, przenikają naszą codzienność w wielu wymiarach. I z nimi także musimy walczyć.
Stanisław Sieniawski
