Gdzie jest lewica?
2 I 2026 2 stycznia 2026
Tekst Where is the left? autorstwa Rosie Hampton został pierwotnie opublikowany w New internationalist. W jego tłumaczeniu zdecydowałyśmy się pominąć wybrane fragmenty, które utrudniłyby zrozumienie tekstu polskiej czytelniczce. Przekład i opracowanie: Emilia Urbanelis.
Radykalna organizacja była niegdyś wspierana przez sieć fizycznych przestrzeni. Jak możemy je odbudować, by wspierały ruchy, których potrzebujemy dziś?
W latach 80. w Glasgow nie brakowało miejsc dedykowanych lewicowym działaniom politycznym. Na Miller Street w centrum miasta działało Centrum Kobiet, oferujące porady dotyczące zasiłków socjalnych lub mieszkaniowych. W mieście działało sześć centrów dla bezrobotnych, gdzie dostępne było wsparcie związków zawodowych. Można było przejść się do Glasgow Gay Centre, lub, jeśli dysponowało się środkami, zakupić ostatnie publikacje w Centrum Kobiet, albo udać się na zbiórkę na rzecz Linii Wsparcia dla Lesbijek.
Istniały miejsca, aby spotkać się, dyskutować, współorganizować i planować – a także socjalizować. Było tak nie tylko w Glasgow, lecz na całym świecie. Mimo to dzisiaj środowisko lewicy nie jest już tak żywe. Centrum Kobiet w Glasgow zamknięto we wczesnych latach 90. Z 250 centrów dla bezrobotnych w Wielkiej Brytanii ostało się zaledwie 18. Księgarni oferujących lewicowe publikacje było w 1980 roku sto – od tego czasu jest ich tylko coraz mniej.
Utrata tych miejsc stanowi znaczący problem. Były one ważnym elementem w budowaniu ruchów lewicowych, jak i w ich podtrzymywaniu. Dzielenie wspólnej przestrzeni przez rozmaite grupy pozwalało uczyć się, jak skutecznie działać razem. Gdy pojawiały się problemy, można było rozwiązać je osobiście. To, jak i codzienna współpraca przy utrzymywaniu tych miejsc, pozwalało budować zaufanie niezbędne do wspólnej walki na różnych frontach.
Wspomniane wyżej przestrzenie były związane z wieloma ruchami politycznymi Szkocji lat 80. Centrum Kobiet w Glasgow założyły aktywistki ruchu wyzwolenia kobiet z nadzieją, że centralny lokal z wolnym dostępem ułatwi nowym członkiniom zaangażowanie się. Z pomocą Kongresu Szkockich Związków Zawodowych założono w 1981 liczne centra dla bezrobotnych. Miały one na celu organizowanie wsparcia dla osób bezrobotnych, jednak stanowiły również możliwość zaangażowania się w ruch związkowy. Również Szkocka Organizacja na rzecz Praw Osób Homoseksualnych, która prowadziła Glasgow Gay Centre, uznawała posiadanie tego rodzaju fizycznej, wspólnej przestrzeni za kluczowe dla budowania sieci wzajemnego wsparcia i solidarności.
Obecność w tego rodzaju miejscach pozwalała na swobodną wymianę metod organizacji pomiędzy różnymi ruchami. Na demonstracjach, pikietach i podczas marszów zdarzają się momenty solidarności pomiędzy różnymi grupami, mimo to brakuje nam trwałych miejsc do spotkań i współorganizowania się. Oczywiście nie obyłoby się bez sporów, jednak możliwość osobistego i bezpośredniego rozwiązywania ich w kolektywnie budowanych przestrzeniach pozwoliłaby rozwijać nowe pomysły i nowe metody działania. Brak tego rodzaju wspólnych przestrzeni utrudnia nie tylko rozwój metod rozmaitych ruchów lewicowych, ale też zwyczajne, codzienne działania.
Im trudniej zauważyć samoorganizację w praktyce, tym łatwiej udawać, że takowa nie istnieje. Weźmy na przykład niedawno opublikowaną książkę Minority Rule autorstwa Ash Sarkar. Sarkar uważa, że lewica jest wewnętrznie podzielona, nazbyt zajęta wojnami kulturowymi i skupiona na specyficznych przypadkach, zaniedbując problem kolektywnych warunków materialnych. Porażki „lewicy” miałyby być skutkiem ignorowania prawdziwych problemów ludzi.
Jednak zastanawiające jest, gdzie Sarkar widzi tę „lewicę”, o której mówi. Promując swoją książkę, powtarzała w kółko wybranych kilka anegdot, jak na przykład debatę o to, co o twoim uprzywilejowaniu mówi posiadanie wirówki do sałaty. Autorka odwoływała się również do paru wątpliwej wagi postów na Twitterze, albo memów, jak anonimowy tweet o tym, jakoby Anna Frank miała do pewnego stopnia mieć „przywilej bycia białą”. Poprzez te wyrywki, Sarkar przedstawia lewicę jako słabą, niezdolną do krytycznej analizy i realnych działań.
Branie za punkt odniesienia przypadkowych wpisów w sieci, zamiast realnie działających organizacji, jest niepoważne.
Tego rodzaju analiza unika konfrontacji z tym, jak w rzeczywistości wygląda lewicowa samoorganizacja – nie dostrzega spotkań, pikiet, strajków okupacyjnych, blokad, czy zbiórek, stanowiących wymierne i skuteczne działania. Taką wersję lewicy przedstawiają zazwyczaj prawicowi i centrowi komentatorzy. Nie twierdzę, że powinniśmy popaść w samozadowolenie. W rzeczy samej to właśnie fakt istnienia licznych problemów, z jakimi mierzymy się w ramach lewicowej działalności, sprawia, że opinie takie jak ta wyrażona w Minority Rule są tak frustrujące. Uznawanie za lewicowców jednocześnie każdego i nikogo sprawia, że można przypisywać im najbardziej frustrujące doświadczenia polityczne. Czy warto jednak budować analizę wokół tych niewiele znaczących sytuacji? Czy pomaga nam to w rozwijaniu strategii i taktyk naszych organizacji? Skupianie się na anegdotach o internetowych wpisach, zamiast na faktycznych działaniach, jest absurdalne. Jeśli fundamentem analizy i krytyki organizacji ruchów lewicowych stają się media społecznościowe, a nie realna aktywność, jest to powód do głębokiego niepokoju.
Szukając środków pozwalających pogodzić rozmaite potrzeby grup działających w solidarności, możemy uczyć się z przeszłych doświadczeń. Centrum Kobiet w Glasgow było z pozoru przestrzenią wyłącznie dla kobiet. Stanowiło to ważną zasadę ruchu – nie każda kobieta czułaby się komfortowo, dyskutując o patriarchalnej opresji pod okiem mężczyzn. Jednak będąc kolektywną przestrzenią, Centrum Kobiet przyciągało szeroki wachlarz osób, w tym członkinie Szkockiej Kampanii na rzecz Aborcji, które często organizowały tam spotkania.
„Było dla nas ważne, aby zaangażować w nasze działania również mężczyzn”, mówi Carol, która jako jedna z pierwszych zaczęła uczestniczyć w tej kampanii. Organizatorki nie były pewne, czy dalej będą mogły prowadzić spotkania w Centrum Kobiet. Działała tam również telefoniczna Linia Wsparcia dla Lesbijek, dla której zachowanie anonimowości było kluczowe.
„Dla nich było bardzo ważne, aby mieć przestrzeń tylko dla kobiet. To był niezwykle ciężki czas dla lesbijek. Sama myśl o wpuszczeniu mężczyzn do Centrum Kobiet była trudna do przyjęcia,” mówi Carol. Po „bardzo wielu dyskusjach”, organizatorki Linii Wsparcia „zgodziły się z powodami, dla których chciałyśmy, aby mężczyźni brali udział w kampanii i zaakceptowały je”, zezwalając na obecność mężczyzn w Centrum. „To, że zrobiły to dla nas, było bardzo znaczące”, wspomina Carol. Fakt, że kobiety z obydwu organizacji były w stanie owocnie wynegocjować zasady korzystania ze wspólnej przestrzeni udowadnia rolę, jaką tego rodzaju miejsca odegrały w budowaniu solidarności pomiędzy różniącymi się ruchami. Takie sytuacje pozwoliły zbudować zaufanie i wzajemny szacunek, bez którego obie kampanie nie byłyby w stanie się utrzymać.
Znalezienie nowych dróg na budowanie i wzmacnianie relacji i zaufania między organizacjami, musi być dla nas sprawą najwyższej wagi.
Źródłem tak nadziei, jak i cennych lekcji, może być sposób funkcjonowania lewicowych przestrzeni w innych miejscach na świecie. W Cape Town w RPA walka o przestrzeń do samoorganizacji jest nierozłączna od walki o ziemię i mieszkania. Karen Hendricks to jedna z lokalnych liderek oddolnego ruchu Reclaim the City, którego celem jest wywalczenie dostępu do bezpiecznych i tanich miejsc do życia. Grupa ta powstała pod koniec roku 2016, a Karen zaangażowała się w jej działania po tym, gdy blok mieszkań będący od dekad domem dla wielu rodzin został sprzedany prywatnemu deweloperowi, który zamierzał wyrzucić wszystkich lokatorów. Ci jednak odmówili bycia relokowanymi z centrum miasta na jego obrzeża i stawili opór.
Lokalizacja ich domów było kluczową kwestią w ich walce. Nie pozwolili wyrzucić się z miejsca, gdzie pracowali i gdzie zbudowali swoje życia. Walka prowadzona przez Reclaim the City nie toczy się jedynie o mieszkania, ale o samą przestrzeń. Ich motto głosi: „to, gdzie mieszkamy, ma znaczenie”.
Reclaim the City prowadzi również trzy okupowane budynki w Cape Town, które stanowią dach nad głową dla tysięcy ludzi, wielu z których było zmuszonych do opuszczenia swoich dotychczasowych domów, a w mieście pogrążonym w głębokim kryzysie mieszkaniowym nie mieli gdzie się podziać. „Żyjemy w mieście o jednych z najbardziej drastycznych nierównościach przestrzennych na świecie,” mówi Karen. „Wiele pracownic musi wydać ponad połowę swoich pensji tylko na dotarcie ze swoich domów do miejsc pracy”.
W 2018 roku Karen wprowadziła się do Domu im. Cissie Gool, okupowanego szpitala, po tym jak ją również wyrzucono z dotychczasowego domu. Budynek ten, nazwany po działaczce anty-apartheidowej, jest domem dla ponad tysiąca osób – ponad 350 gospodarstw domowych, z których wiele prowadzone jest przez kobiety lub samotne matki, co znajduje odzwierciedlenie w szerszych strukturach ruchu Reclaim the City. „Kobiety od zawsze są częścią walki o godność [w RPA], od zawsze są na jej czele,” mówi Karen. „W ramach Reclaim the City to właśnie kobiety podjęły działania, narażając swoje zdrowie i życie, aby zająć ten budynek”.
W 2024 burmistrz Cape Town, Geordin Hill-Lewis, skrytykował okupację, twierdząc, że ów szpital „już dawno byłby przekształcony w kompleks tanich mieszkań, gdyby nie jego bezprawne zajęcie”. W tym samym czasie gdy wygłaszał te słowa, trzydzieści lat po upadku apartheidu, w środkowej części miasta nadal nigdy nie powstał ani jeden tani blok mieszkaniowy.
Tego rodzaju ataki ze strony burmistrza nie są dla ich ruchu niczym nowym. „Rząd mówi, że tacy jak my, ludzie, którzy zajęli nieużywane budynki, protestują i prowadzą walkę o ziemię i miejsca do życia, to niezasługujący na nic, bezprawni złodzieje”, mówi Karen. „My nie widzimy siebie jako część problemu, tylko jako sposób na jego rozwiązanie. Okupując te nieużywane budynki, zapewniłyśmy alternatywę i rozwiązanie dla kryzysu mieszkaniowego, jaki panuje w naszym mieście”.
Dom w okupowanym szpitalu podzielony jest na pięć sekcji odpowiadających osiedlom, z których wyrzucono ich mieszkańców. „Tak więc jeśli byłyśmy sąsiadkami przy Albert Road w Woodstock, to wciąż możemy być sąsiadkami i podtrzymywać więzi społeczne w okupowanej przestrzeni” wyjaśnia Karen.
Działaczki Reclaim the City szukają przydatnych lekcji w podobnych ruchach w innych częściach świata. Mówiąc o ich więziach z podobnym ruchem okupacyjnym w Brazylii, Karen mówi: „Wierzymy, że w toku naszej walki jesteśmy zobligowane do dzielenia się tym, czego się nauczyłyśmy. Jako że podobne walki toczą się na całym świecie, zwłaszcza w krajach Globalnego Południa, dzielimy się ze sobą doświadczeniami i uczymy się od siebie nawzajem”.
Karen podkreśla również, że aspekt polityczny jest nieodzowną częścią Reclaim the City. Okupacje zapewniają dach nad głową i miejsce w społeczności dla tysięcy ludzi, jednak są „nie tylko społecznością, ale społecznością, która organizuje się samodzielnie”. Ruch odrzuca narracje, że klasa robotnicza potrzebuje odgórnej pomocy czy jałmużny. W trakcie pisania tego artykułu jedna z okupacji przygotowuje się do prawnego przejęcia własności nad budynkiem, który zamieszkują. Jego mieszkanki wykonują całą pracę niezbędną do utrzymania budynku, a zatem chcą przejąć nad nim pełną kontrolę i zakończyć nieustanne groźby eksmisji ze strony miasta. Działaczki Reclaim the City walczą w swoim imieniu, na swoich zasadach, w swojej własnej przestrzeni. Ruch zbudowany jest przez ludzi żyjących wspólnie i dzielących przestrzeń, walczących o spełnienie swoich żądań, ale przede wszystkim o siebie nawzajem. Nieustanna współpraca między działaczkami na co dzień jest bezpośrednio powiązana z siłą ich ruchu. Są w stanie zobaczyć swoje zwycięstwa, jak i stojące przed nimi wyzwania, w przestrzeni wokół nich.
Sposoby na budowę i rozwój naszych organizacji możemy znaleźć w wielu lewicowych ruchach. Ruchy te zaczęły się od poziomu międzyludzkiego, od wzmacniania zaufania i pogłębiania więzi między różnymi grupami. Możliwość dzielenia przestrzeni i zasobów pozwoliła na zbudowanie tych relacji.
Musimy zastanowić się, jak możemy osiągnąć coś podobnego. To palące zadanie, zwłaszcza w cieniu rosnącej na popularności skrajnej prawicy, przeciwko której stanąć musi koalicja różnych grup, zjednoczonych we wspólnej, szerokiej wizji zmian, a jednocześnie celebrujących swoje różnice i zjednoczonych w solidarności. Zwycięstwa nie przyniesie nam poddanie się żadnej grupie czy partii, która pragnie ograniczyć różnorodność naszych społeczności, lub co gorsza – pragnie ją zniszczyć. Nie mogąc spotykać się w centrach kobiet, osób LGBT, czy bezrobotnych, musimy znaleźć nowe sposoby na budowanie relacji i pogłębianie zaufania. Sposoby ugruntowane w politycznie pojmowanej społeczności, takiej jak Reclaim the City, aby nasze działania mogły przynieść pozytywne zmiany w życiach ludzi już dziś.
Jedyne rozwiązanie to jednoczenie się i bezpośrednie stawianie czoła stojącym przed nami przeciwnościom – eksmisjom, nadużyciom policyjnym, deportacjom i wszystkim innym sposobom, na które państwo i kapitał stosują przemoc wobec naszych społeczności. Jednocześnie musimy dbać o siebie nawzajem, dzielić się zasobami i wiedzą, aby zbudować nowe wersje przestrzeni, którymi niegdyś dysponowałyśmy.
Jeśli chcemy odmienić krajobraz lewicowej samoorganizacji, musimy odzyskać przestrzeń, która kiedyś była nasza. Nadzieję przynosi wizja ulic miejskich poprzetykanych nowymi, lewicowymi przestrzeniami. Wyobraźmy sobie ponownie zjednoczoną lewicę, w księgarniach, centrach kobiet i bezrobotnych, ale nie tylko. W przestrzeniach, gdzie trwać może żywa dyskusja i solidarność, gdzie panowałyby silne więzi społeczne, wzmocnione wzajemnym szacunkiem i zaufaniem. Wspólnie możemy zbudować te struktury solidarności – takie, o które warto będzie walczyć.
Rosie Hampton
