Fala studenckiego radykalizmu dotarła nad Wisłę
9 VI 2026 9 czerwca 2026
Artykuł został opublikowany w książce Jowita zostaje. Historia 10 dni ruchu studenckiego.
To, co wydarzyło się w poznańskim akademiku Jowita w grudniu 2023 r., było zupełnie wyjątkowe. „Wyjątkowe” bynajmniej nie znaczy – „bezprecedensowe”.
Historia nowoczesnych protestów i ruchów studenckich zaczyna się w Europie w XIX w., właściwie równolegle z narodzinami i umacnianiem się państwowych systemów edukacji. Krzepnące kapitalistyczne państwa narodowe uruchamiały procesy centralizacji i unifikacji oświaty i – biorąc na siebie jej koszty – oczekiwały realizacji ściśle określonych, utylitarnych zadań. Szkoła i uniwersytet miały stale uzupełniać zasoby siły roboczej i kształcić wykwalifikowanych specjalistów, niezbędnych do dalszego rozwoju przemysłu i produkcji. Miały być poręcznym narzędziem służącym szerzeniu obowiązującej ideologii państwowej – instrumentem wychowania przyszłych lojalnych obywateli.
Studenci i studentki oczywiście nie mieli większych problemów, by rozpoznać opresyjność tej sytuacji, a brak mechanizmów demokratycznych na uczelniach często popychał ich do działań radykalnych. Stopniowo ruchy studenckie coraz wyraźniej dostrzegały drzemiącą w nich siłę. Zaczęły organizować coraz liczniejsze akcje masowe i akumulować doświadczenia. Później, zwłaszcza w XX i XXI w., społeczność studencka wielokrotnie dowodziła, że ich opór really matters, że jest on jednym z kluczowych czynników transformacji nowoczesnego społeczeństwa.
Największa i najsłynniejsza fala studenckich protestów wezbrała w końcu lat sześćdziesiątych XX w. W 1968 r. wystąpienia miały miejsce we Francji, w Niemczech Zachodnich, na Wyspach Brytyjskich, w krajach Beneluksu, w Skandynawii, we Włoszech i Hiszpanii, w krajach bloku wschodniego, w Jugosławii, Ameryce Południowej i Środkowej, w USA, w Australii. Można by wymieniać dalej.
W Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych protesty miały wyraźnie lewicowy, antysystemowy charakter. Młodzi ludzie podnieśli totalny bunt przeciwko światu pozostawionemu im w spadku przez poprzednie pokolenia. Odrzucali kapitalizm, imperializm (żywa wciąż pamięć o wojnie w Algierii, tocząca się wojna w Wietnamie), wszelką dyskryminację (ucisk Czarnych w USA), a także tradycyjne normy, zasady i hierarchie. Domagali się sprawiedliwości, równości i absolutnej wolności. Ku zgorszeniu konserwatystów (i własnej uciesze), demonstracyjnie przełamywali tradycyjną mieszczańską obyczajowość, obnażając jednocześnie zawartą w niej obłudę.
Cechą charakterystyczną tamtych protestów był radykalizm, który często znajdował bardzo fantazyjny wyraz.
Bądźcie realistami, żądajcie niemożliwego, Nuda jest kontrrewolucyjna, Zakaz zakazywania.
– to hasła wznoszone i pisane na murach we Francji czasów masowych protestów. Komunikat studentów do konserwatywnych gaullistowskich władz był nader krótki i prosty: „Nic nie żądamy, o nic nie prosimy. Bierzemy i okupujemy”. Raz wzniecona, rewolucja nie może się wahać, przeciwnie – musi szerzyć się i przeć aż do ostatecznego zwycięstwa („W każdym z nas drzemie policjant, trzeba go zabić”, „Ci, co wywołują częściową rewolucję, nic tylko kopią sobie własny grób”).
Leszek Kołakowski, który właśnie w 1968 r. znalazł się na Zachodzie, w Głównych nurtach marksizmu – książce, która miała stać się historyczną biblią nadwiślańskich liberałów – obśmiewał ówczesny „studencki leftyzm”, przestrzegając przed planami rewolucji „globalnej, totalnej, absolutnej, nieograniczonej, wszechobejmującej”, a także przed marzeniami, że „można za jednym zamachem zmienić świat i uczynić zeń boską krainę cudów”. Kołakowski nawet nie starał się ukryć, że nie rozumie, o co chodzi zrewoltowanej młodzieży. Dla studenckiego ruchu protestu była to raczej niewielka strata, zwłaszcza że na Zachodzie szybko wyłonili się jego naturalni rzecznicy i teoretycy, jak np. Guy Debord, Herbert Marcuse czy Ernest Mandel. Dwaj ostatni byli zadeklarowanymi marksistami, skądinąd bardzo różnymi, i oczywiście doskonale zdawali sobie sprawę, że studenci to nie robotnicy. Uważali jednak, że bunt na uczelniach – a zatem w miejscu newralgicznym dla reprodukcji społeczeństwa kapitalistycznego – to zalążek walki o jego obalenie.
We Francji, w następstwie rewolty na uniwersytetach, wybuchł kilkutygodniowy strajk powszechny, który objął 10 milionów pracowników najemnych (wszystkich sektorów gospodarki). Był to największy strajk masowy w dziejach państw demokratycznych. Francja stanęła sparaliżowana. Prezydent de Gaulle, wyraźnie zbity z tropu i bojący się utraty władzy, w popłochu spotykał się z bliskimi mu wojskowymi – w tym z katem Algierii Jacques’em Massu – by upewnić się, czy może na nich liczyć. W tym samym czasie, jak później wspominał Louis Althusser, „ministrowie porzucali swoje ministerstwa”, zaś „burżuazja uciekała z wielkich miast, ciągnąc za sobą swój dobytek”. Niestety, Francuska Partia Komunistyczna, wierna linii Moskwy i cierpiąca na „starczą chorobę prawicowości w komunizmie”, ostatecznie okazała się ostoją ładu – dokładnie tak samo, jak związana z nią największa organizacja związkowa CGT.
Partia uczyniła wszystko, co było w jej mocy, aby pośród bardzo gwałtownych bojów uniemożliwić spotkanie oddziałów studenckich z zapałem mas robotniczych.
– z żalem odnotowywał Althusser.
Wydarzenia z 1968 r. sprawiły, że światowy ład kapitalistyczny autentycznie zatrząsł się w posadach. Owocem Maja ’68 była rewolucja seksualna, rozkwit feminizmu, ekologii, zmiana sposobu myślenia milionów ludzi na całym świecie. W następstwie studenckiej rebelii pojawiły się masowe ruchy protestu – tak w metropoliach, jak i w krajach przez nie kontrolowanych. W kolejnych dekadach nawet konserwatyści nie mogli zaprzeczyć głębi i trwałości kulturalnych, społecznych i politycznych zmian, jakie przyniosła ta wielka rewolta.
W okresie dominacji neoliberalizmu uniwersytety uległy znacznym przekształceniom. Na całym świecie kurczył się dostęp do publicznej, bezpłatnej edukacji wyższej. Po kryzysie w 2008 r. po wszystkich kontynentach rozlała się nowa fala studenckiej kontestacji. Podobnie jak przed pół wieku porwała ona pracowników naukowych, szczególnie młodszych generacji, i młodzież licealną. Postulaty ekonomiczne mieszają się w niej z rozmaitymi żądaniami natury politycznej, często radykalnymi. W 2023 r. w ramach skoordynowanej akcji studenci i studentki podejmowali strajki okupacyjne na uniwersytetach w wielu europejskich miastach pod wspólnym hasłem „End Fossil: Occupy!”. Była to kolejna po 2019 r. wielka mobilizacja młodych ludzi przeciwko bezczynności klimatycznej. W ostatnich latach nawet w zachodnich mediach głównego nurtu pojawiają się porównania eksplozji współczesnego aktywizmu studenckiego z rewolucją 1968 r.
Walka o Jowitę przynależy więc do czegoś, co zwykło się określać mianem historii uniwersalnej. Walka ta ukazała, że fala studenckiego radykalizmu dotarła już nad Wisłę. Poznańscy studenci i studentki sięgnęli po jedną z klasycznych broni w repertuarze ruchów protestu i rewolucyjnych – zorganizowali strajk okupacyjny. W 1968 r. to właśnie okupacja domów akademickich w Nanterre dała sygnał do wybuchu studenckiej rewolucji we Francji, później protestujący zajmowali także wiele innych budynków uniwersyteckich i kulturalnych, w tym Sorbonę, którą ogłosili „wolną komuną”. Również w Polsce strajki okupacyjne mają długą genealogię. W latach 30. XX w. w wielkich fabrykach stały się tak częste i skuteczne, że międzynarodowa opinia publiczna zaczęła określać je „strajkami polskimi”. Po kilkudziesięciu latach robotnicy ponownie zastosowali strajk okupacyjny w Grudniu ’70. Z tych doświadczeń dziesięć lat później zrodziła się „Solidarność”.
Wszyscy mamy nadzieję, że płomień rewolucji, który zapłonął w Jowicie, szybko ogarnie inne miasta uniwersyteckie. Studenci i studentki z Poznania mogą temu na rozmaite sposoby dopomóc, z czego zresztą doskonale zdają sobie sprawą. Świadczą o tym przygotowania do wielkiej akcji informacyjno-szkoleniowej, która ma odbyć się na wiosnę 2024 r. Świecąc wielkim grudniowym zwycięstwem, dzieląc się doświadczeniami i zagrzewając do walki, gdzie tylko się da, przygotowują być może nową rewolucję. Jedno jest pewne: jeśli ta ostatnia rzeczywiście dojdzie do skutku, to młodzi ludzie nie będą w niej mieli do stracenia nic, prócz swych kajdan. Do zdobycia mają przecież cały świat!
Michał Siermiński – historyk idei, filozof i matematyk, adiunkt w Instytucie Historii Nauki PAN im. Ludwika i Aleksandra Birkenmajerów. Zajmuje się m.in. historią opozycji w PRL oraz dziejami marksizmu.
